wtorek, 23 sierpnia 2016

Katie Cook, Andy Price - "Mój kucyk Pony. Przyjaźń to magia" - tom 5

Autorzy: Katie Cook, Andy Price
Tytuł: Mój kucyk Pony. Przyjaźń to magia, tom 5
Wydawnictwo: EGMONT
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 96
Ocena: 10/10
Wiek: 3+

Opis:

Kolejny tom przygód sympatycznych kucyków z charakterem, które błyskawicznie podbiły serca dzieci, młodzieży, a także dorosłych na całym świecie!

Album zawiera jedną opowieść – Lustrzane odbicia. Za sprawą księżniczki Celestii dochodzi do niebezpiecznego zbliżenia świata naszych bohaterów i alternatywnej rzeczywistości, w której dobrzy są źli, a źli są dobrzy… Połączenie dwóch światów oznaczałoby koniec Equestrii, jaką znamy! Kucyki wybierają się w podróż do nowego świata w równoległym wymiarze, rozpaczliwie poszukując pomocy i tym samym rozpoczynając swoją największą przygodę!

Recenzja:

Niejednokrotnie już pisałam o tym, jak bardzo lubię serię Przyjaźń to magia. Mimo bajkowej i miejscami wręcz cukierkowej oprawy graficznej, kolorowym kucykom nie brakuje fanów wśród młodzieży i dorosłych. Nie powinno to nikogo dziwić - za pełnymi uroku postaciami kryją się wspaniałe przygody i historie, od których nie sposób się oderwać.

Tom 5 przygód o kucykach zawiera w sobie jedną opowieść pt. Lustrzane odbicia. Mimo ważnej roli dzielnych przyjaciółek znanych niemal wszystkim (Twilight Sparkle, Fluttershy, Rainbow Dash...), pierwsze skrzypce w tej historii odgrywa zdecydowanie księżniczka Celestia. Poznajemy częściowo przeszłość owej bohaterki oraz powód, dla którego zaryzykowała niebezpiecznie zbliżenie się znanej nam krainy kucyków i jej alternatywnej rzeczywistości.

Lustrzane odbicia są dość smutną historią, choć nie brakuje tutaj humoru Katie Cook. Komiks obfituje we wspomnienia księżniczki Celestii z jej młodzieńczych lat oraz smutnej tajemnicy, którą ukrywała przez naprawdę długi czas. Znajdziemy tutaj również kilka fragmentów z księżniczką Luną, opowiadających nieco więcej o relacjach między siostrami, lecz motywem przewodnim rozwijanym na kartach tego tomu jest zdecydowanie... zakazana miłość. I wcale nie jest ona ukazana w słodziutki sposób.

Opowiadanie o dwóch alternatywnych rzeczywistościach zdecydowanie zapadło mi w pamięć. Pokazuje czytelnikowi, że nawet ktoś tak odpowiedzialny i rozważny jak księżniczka Celestia potrafi popełnić błąd. Nawet w fantastycznym świecie kucyków nie istnieją postacie nieomylne, a błędy... nie wszystkie można naprawić. Czasem jednak dla miłości warto poświęcić wiele - nawet samego siebie...


Jeśli wciąż uważacie, że My Little Pony jest serią skierowaną jedynie do dzieci - koniecznie sięgnijcie po ten tom. Mnie osobiście bardzo wzruszyła historia zawarta w nim i żałuję, że nie powstała z niej krótka powieść, bo chętnie przeczytałabym o niej więcej. Zaintrygowało mnie nie do końca szczęśliwe zakończenie i mam nadzieję, na kontynuację motywu alternatywnej rzeczywistości. Polecam serdecznie.

Ten komiks zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu EGMONT. ;)

czwartek, 18 sierpnia 2016

"Rysiek Lwie Serce" - Na brodę Morlina!


Premiera: 2013
Reżyseria: Manuel Sicilia
Dystrybucja: Monolith Films
Ocena: 7/10

Z jakiegoś powodu wszystkie dzieci uwielbiają średniowiecze i smoki. Niezmiernie mi miło przedstawić "Ryśka Lwie Serce”. Dostaniemy te dwa elementy w pakiecie ze znakomitym humorem. Ta animacja to nie dzieło Disneya, jednak nie musicie jej od razu skreślać. Przecież "Anastazja" również nie jest dzieckiem Walta, a to świetna bajka.

Cała rzecz dzieje się w Królestwie Pantalonii. Zawiłą historię tej krainy, gdzie zdecydowanie nie dzieje się dobrze, przybliża nam sam Rysiek. To dorastający chłopak, który został wtłoczony w zbyt ciasną formę oczekiwań ojca, podczas gdy sam marzy o „zawodzie” rycerza. Swoim uporem w dążeniu do celu udowadnia, że nie były to jedynie dziecinne mrzonki. 

Jak to w bajkach bywa mamy do czynienia z wieloma postaciami pozytywnymi, jednak nie brakuje także drani. D pierwszej grupy zaliczymy brawurową Natalię, którą złośliwi nazwaliby feministką, a dla mnie to idealny przykład kobiety znającej swoją wartość. Znajdziemy w „Ryśku..” całe gro przezabawnych bohaterów, z którymi związane będą równie śmieszne sytuacje, a na ich czele dumnie stoi Zaklętas (nie mylić z Morlinem!). Złych było w bajce zdecydowanie mniej, a wątek Ponuriusza wydaje się wtłoczony do historii na siłę.    

Ostatecznie fabuła jest na tyle sympatyczna, że odbiorca, a szczególnie dziecko nie zwróci uwagi na małe niedociągnięcia, których nie brakuje. Mimo że prawie wszyscy bohaterowie drugoplanowi są stereotypowi, to i tak ogląda się w uśmiechem na ustach. Jak w prawie każdym filmie „dla dzieci” znajdziemy tutaj smaczki, które są przeznaczone głównie dla starszych widzów.          

Postać tytułowego Ryśka (nie mylić z rzeczywistym Ryszardem Lwie Serce) czerpie ze schematu, który zapoczątkowali twórcy "Jak wytresować smoka", tworząc typowego self-made hero. Zarówno Czkawka, jak i Rysiek to bohaterowie, którzy nie grzeszą urodą ani siłą, lecz mają wiele innych, ważniejszych przymiotów, takich jak inteligencja, honor, wola walki. Dzięki temu udowadniają, że możemy osiągnąć wszystko, jeśli tylko okupimy to ciężką pracą, a to piękne świadectwo.   

Grafika animacji na pewno sprosta oczekiwaniom młodych widzów, ale i ucieszy oko starszego. Ja wychowałam się na starych dobrych dwuwymiarowych bajkach, jednak nowsze produkcje nie mogą nie czerpać z dobrodziejstw technologii. Efekt jest naprawdę świetny i strona graficzna znakomicie dopełnia historię. Polski dubbing nie powala na kolana, jednak ja jakoś w ogóle nie pałam entuzjazmem do tej praktyki. W przypadku takich animacji wydaje się ona nieodzowna, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ogromnym plusem jest wyśmienity soundtrack. Piosenki na długo zapadają w pamięć! Dajcie szansę "Ryśkowi..", a nie pożałujecie :)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Anna Weltman - "To nie jest książka do matmy"

Autor: Anna Weltman
Tytuł: To nie jest książka do matmy
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 96
Ocena: 10/10
Wiek: ?

Opis:

Książka pełna zadań rysunkowych inspirowanych matematyką. Przekonaj się, że sztuka i matematyka mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślisz! Odkryj fascynujący świat matematycznych figur i wzorów. Licz i rysuj, rysuj i licz. Zrób kwiaty z okręgów i las z fraktali. Twórz zwariowane łamańce, złote spirale i wieloramienne gwiazdy. Układaj mozaiki i projektuj mandale. Bez względu na to, czy jesteś matematycznym geniuszem, czy szalonym artystą – czeka cię świetna zabawa! I pamiętaj: to nie jest książka do matmy! A może jest?

Recenzja:

Od zawsze lubiłam rysować, matematyka w szkole też nie była dla mnie karą, ale nigdy nie łączyłam tych dwóch dziedzin w jedno. Rysunek to sztuka, humanistyczna rozrywka dla artystów, matematyka natomiast jest zajęciem dla umysłów ścisłych, zupełnie nieartystycznym. Nawet wiązanie matematyki z filozofią jakoś nigdy do mnie nie przemawiało. Jeden jedyny punkt, gdzie te dwie odmienne dziedziny się dla mnie spotykały, to wyliczanie proporcji ludzkiego ciała dla celów artystycznych. Wtedy, czyli całkiem niedawno, wpadła mi w ręce książka wydawnictwa Dwie Siostry, która kazała mi jeszcze raz się nad tym zastanowić.

To nie jest książka do matmy to bardzo przewrotny tytuł. Książka być może nie jest szkolnym podręcznikiem do matematyki, ale opiera się właśnie na tej dziedzinie nauki. Poza tym autorka, Anna Weltman jest nauczycielką matematyki, której pasją jest uczenie dzieci matematyki.


Trudno w kilku słowach napisać, czym książka właściwie jest. Oczywiście, wbrew tytułowi, to jest książka do matmy, tylko trochę inna. Jest to między innymi zbiór pomysłów na to, jak za pomocą matematyki stworzyć ciekawy rysunek. Zawiera też łamigłówki i stomachionowe układanki. Przez zabawę autorka wprowadza zagadnienia i pojęcia matematyczne w formie ciekawostek, pokazuje zasady i prawidłowości rządzące geometrią i efekty wizualne, które można dzięki tym prawom uzyskać.

Podtytuł książki brzmi rysunkowe wyzwania dla bystrzaków, co jest prawdziwsze niż tytułowa deklaracja, że książka nie jest do matmy. Efektem każdego zadania jest wszak rysunek. Trudno określić jak „bystry” musi być odbiorca książki lub w jakim wieku, by mógł z książki skorzystać. Wiele z tych zadań spokojnie może wykonać kilkulatek, ale są i takie, do których potrzebna jest większa cierpliwość i rozumienie treści. Myślę, że jest są to doskonałe ćwiczenia do wykonania w gronie rodzinnym: gdy młodsze dzieciaki czegoś nie zrozumieją, wówczas rodzic lub starsze rodzeństwo dołączą do współpracy. Dorosłym ta książka pomoże się odstresować, to świetna alternatywa dla modnych ostatnio kolorowanek.

Książka wydana jest w dużym formacie na szorstkim papierze. Tekturowa okładka z szerokimi zakładkami ozdobiona została różnego typu geometrycznymi rysunkami, spośród których przynajmniej część jest wynikiem zadań zawartych w książce. Wygląda trochę jak czerwona strona wyrwana z brudnopisu twórczego ucznia. Tytuł został doklejony oddzielnie, niby naklejka na zeszyt. Z tyłu książki znajduje się kilka stron kratkowanych i trójkątowanych, z których można korzystać podczas wykonywania zadań.

To bardzo ładna i pomysłowa książka. Inna niż te, które do tej pory trafiły w moje ręce. Nie jest to zbiór prostych zadań matematycznych uczący liczenia na monetach albo odległościach z punktu A do punktu B ale ciekawy program uczenia matematyki przez sztukę. To odkrywcze i ciekawe.

Tę książeczkę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu Dwie Siostry. :)

środa, 6 lipca 2016

Melissa De La Cruz - "Wyspa Potępionych"

Tytuł: Wyspa potępionych
Autor: Melissa De La Cruz
Wydawnictwo: EGMONT
Data wydania: 26.08.2015
Ilość stron: 320
Ocena: 5/10
Wiek: 10+

Opis:

Przed dwudziestu laty wszyscy złoczyńcy zostali wypędzeni z królestwa Auradonu na Wyspę Potępionych – mroczne, ponure miejsce strzeżone polem energii, które uniemożliwia im ucieczkę. Pozbawieni swych magicznych mocy, żyją teraz w odosobnieniu, zapomniani przez resztę świata. Jednak w Zakazanej Twierdzy ukryte jest Smocze Oko – klucz do prawdziwego mroku i jedyna nadzieja złoczyńców na ucieczkę. Tylko najsprytniejszy, najbardziej nikczemny i najniegodziwszy łotr zdoła je znaleźć… Któż to będzie? Podczas wyprawy po Smocze Oko potomkowie czarnych charakterów udowodnią, że łotrowskie pochodzenie o niczym nie przesądza, a bycie dobrym wcale nie jest takie złe.

Recenzja:

Czarne charaktery wytwórni Disney'a bezapelacyjnie zapadają w pamięć, niezależnie od wieku odbiorcy. Będąc kilkuletnią dziewczynką, panikowałam na widok Urszuli z Małej Syrenki i rogatej Czarownicy ze Śpiącej Królewny. To nie wszystkie mroczne postaci, które wywoływały na mym ciele gęsią skórkę (właściwie - wciąż to robią), ale wymienianie każdej z osobna zajęłoby mi wiele wersów, a bez wątpienia nie tego ode mnie oczekujecie. Wyspa Potępionych poniekąd skupia się właśnie na Disney'owskich potworach, a właściwie na ich potomstwie. Oczywiście - dobrej strony mocy również tu nie brakuje, jednak już sam tytuł powieści sugeruje, że nie uraczymy jej tu za wiele.

Szamani, u których radziła się Cruella, uważali, że utrzymuje ją przy życiu czysta metaboliczna furia. Prywatnie Carlos nazywał to wściekłą dietą: "Na co komu sałatki, wystarczą wredne gadki, wszak głodu nikt nie czuje, gdy gniew we krwi buzuje, a lepszy od słodkości wieczorny wybuch złości".

Z początku, Wyspa Potępionych wydawała mi się bajką. Napisana lekkim, barwnym i miejscami zabawnym językiem wywoływała we mnie raczej pozytywne wrażenie, które niestety z czasem zaczęło się zmieniać. Dialogi okazały się skrajnie dziecinnie, postaci słabo ucharakteryzowane, a uwielbiane czarne charaktery... ciężko mi o tym nawet pisać! Wyobrażacie sobie przerażającego Dżafara w... pidżamie w lampki? Albo pulchną Złą Królową od Śnieżki, która panicznie bała się utraty urody? Nie wspominając o pozostałych złych postaciach... Brrr! Albo imionach głównych bohaterów - Mel, Jay, Evie, Carlos, Ben - tak można nazwać nastolatków we współczesnych powieściach, nie nawiązujących do Disney'a! Najchętniej udusiłabym autorkę za tę wyrządzoną krzywdę, ale... wspaniale wykreowała ona postać Diaboliny. Owa Pani Mroku samozwańczo uczyniła się władczynią Wyspy Potępionych, co więcej - wzbudza grozę w każdym jej mieszkańcu, nawet własnej córce. Mimo utraty mocy nie straciła swej charyzmy, a jej plany są - jak jej imię - iście diabelskie. Idealny czarny charakter, który nawet w czytelniku budzi niepokój. Ta postać zdecydowanie przyćmiła wszystkie inne postaci, które miały być tymi głównymi.

Mimo wszystko, Wyspa Potępionych niesie ze sobą bardzo pozytywne przesłanie. Choć nie brakuje w niej złośliwości i innych negatywnych emocji, to niezaprzeczalnie w więzieniu zła coś zmienia się... i to na dobre. Ciężko, żeby zmiana dokonała się w Złej Królowej lub Cruelli De Mon, ale ich potomstwo bez wątpienia szczyptę dobra w sercu posiada i... poniekąd to wywołuje uśmiech na twarzy. Jak widać, nawet w największej ciemności można odnaleźć iskierkę światła. Rzecz nieco odmienna dzieje się w świecie dobrych postaci, w Zjednoczonych Stanach Auradonu - większość stała się ogromnie wymagająca i luksus poprzestawiał im nieco w głowach - poniekąd zaczęli wykorzystywać swoich mniej znaczących przyjaciół. Ben, syn króla Bestii i Pięknej, nie jest wstanie zapanować nad poddanymi, jednak w ostatnim rozdziale podejmuje bardzo ważną decyzję.

Czytelnik pozna ją jednak dopiero w filmie Następcy, który swoją premierę miał 18 września 2016 w Disney Channel. Biorąc pod uwagę reżysera, Kenny’ego Ortegę (High School Musical), zarówno film, jak i książka skierowane są głównie do nastolatków i właśnie tej grupie docelowej polecam tą powieść. Jeśli jednak lubicie lekkie opowiastki, chwilami w klimacie Monster High, koniecznie sięgnijcie po tę książkę.


Tę książkę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu EGMONT.

niedziela, 3 lipca 2016

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak - "Basia i przyjaciele. Antek" i "Anielka"

Autorzy: Zofia Stanecka, Marianna Oklejak
Tytuły: Basia i przyjaciele. Antek i Anielka
Wydawnictwo: EGMONT
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 24 + 24
Ocena: 8/10 
Wiek: 3+

Opis: 

Nowa seria o Basi i jej przyjaciołach dla nieco starszych czytelników! Nowa seria przygotowana specjalnie dla trochę starszych czytelników „Basi”, którzy choć nieco już podrośli, wciąż kochają świat ulubionej bohaterki i chętnie poznają bliżej jej przyjaciół – Antka, Anielkę, Titiego, Janka, Lulę, Zuzię, i ich codzienne problemy. To przepełnione całą gamą emocji historie o relacjach z rówieśnikami i rodziną. Czy piraci słuchają mamy? Czy można się długo na nią gniewać? Dlaczego szkolne i domowe obowiązki muszą być aż tak uciążliwe i przeszkadzać w zabawie? Dla Antka dzień zaczął się fatalnie, ale na szczęście po południu przychodzi Janek… - nowa seria w obrębie lubianego i popularnego brandu - zupełnie nowe tematy - szersza grupa odbiorców (plus większe zróżnicowanie wiekowe głównych bohaterów) - bardziej „dorosłe” problemy, z którymi może utożsamić się starszy czytelnik - pogłębione portrety psychologicznie postaci - większe zróżnicowanie emocji.

Anielka bardzo tęskni za tatą i czeka na jego powrót, wyglądając go przez okno. Anielka i Basia przyjaźnią się od niedawna, ale dzielą wszystkie swoje radości i smutki – te małe i te większe. Nie ma to jak prawdziwy Przyjaciel, którego obecność sprawia, że dziwne ciepło rozlewa się po całym wnętrzu….

Recenzja:

Od jakiegoś czasu jestem fanką serii autorstwa Zofii Staneckiej, opowiadającej o małej dziewczynce Basi. Ma ona dwóch braci: starszego Janka i młodszego, bardzo śmiesznego Franka. Do tej pory opowieści o niej dotyczyły głównie przygód w gronie rodzinnym, wyjść z rodzicami do muzeum, wyjazdów do lasu albo domowych problemów. Teraz autorka postanowiła przedstawić przyjaciół dziewczynki, a Marianna Oklejak jak zwykle pięknie zilustrowała książeczki. Seria ma tytuł „Basia i przyjaciele” i na razie w jej ramach powstały dwie opowieści.

Jedna z tych książeczek nosi tytuł „Anielka” i opowiada o bardzo ciekawej dziewczynce, której rodzice są artystami. Anielka mieszka na poddaszu z mamą, tatą i śmierdzącym kudłatym pieskiem. Tata dziewczynki często wyjeżdża z wystawami swoich dzieł, a wtedy córka wygląda przez okno i z niecierpliwością oczekuje jego powrotu. Anielka jest bardzo nieśmiała i delikatna i bardzo lubi swoją wesołą i rozbrykaną przyjaciółkę Basię. Pewnego dnia gdy Anielce jest bardzo smutno z powodu kolejnego wyjazdu taty, odwiedza ją Basia z zamiarem nocowania. Dziewczynki oprócz psot i zabawy rozmawiają o smutku i strachu. To bardzo mądra i sympatyczna, chwilami smutna, historia o tęsknocie dziecka za rodzicem.

Druga część jest o chłopcu. Ma on na imię Antek i jest kuzynem Basi. Przyjaźni się też ze starszym bratem Basi, Jankiem. Antek jest nerwowym chłopcem, wścieka się zwłaszcza wtedy gdy ma odrabiać pracę domową i gdy mama zabiera mu tablet. Lubi natomiast bawić się w piratów z Jankiem. Niestety, pewnego dnia Janek przyprowadza ze sobą młodszą siostrę, Basię. Obaj nie są tym zachwyceni ale nie ma wyboru, Baśka musi zostać. Uważają jednak, że pięciolatka nie nadaje się do zabawy w piratów, szybko się jej więc pozbywają i obrażona dziewczynka idzie ze swoim brudnym Miśkiem Zdziśkiem grać na tablecie. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że mała pomysłowa dziewczynka też potrafi się świetnie bawić i ma pomysły i zainteresowania całkiem podobne do chłopców.

O książeczkach opowiadających o Basi mogę mówić tylko dobrze, bo to naprawdę przyjemne i mądre historie. Mam też znakomity dowód na to, co powtarzam odkąd pierwszy raz sięgnęłam po książeczki pani Staneckiej: że opowieści o Basi są nie tylko dla dziewczynek. Gdy wydawnictwo przysyła kolejne części, czytam je moim siostrzeńcom i zostawiam na ich półeczkach z książkami. Do niedawna interesował się nimi tylko starszy z chłopców, ostatnio dołączył do nas jednak jego młodszy brat a mój chrześniak, prawie czteroletni wielbiciel ciężarówek.


Mam nadzieję, że jeszcze długo panie Stanecka i Oklejak będą tworzyły wspólne opowieści, bo chyba doskonale się rozumieją. W ich książeczkach tekst i ilustracja znakomicie się uzupełniają, a to bardzo ważne, zwłaszcza w literaturze dziecięcej. Historie o Basi to lektura dla młodszych dzieci, są więc bardzo stonowane, choć bardzo prawdziwe, dotyczą rzeczywistych codziennych dziecięcych problemów. Jeśli nie wiecie co kupić jakiemuś przedszkolakowi, to przejrzyjcie książeczki o Basi, całkiem możliwe że znajdziecie coś odpowiedniego.

Te książeczki zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu EGMONT. :)

środa, 29 czerwca 2016

KIWI - LEĆ NIELOCIE, LEĆ!

Autorzy: Frank Bebenroth, Marco Teubner
Tytuł: KIWI - LEĆ NIELOCIE, LEĆ!
Wydawnictwo: EGMONT
Rok wydania: 2016
Liczba graczy: 2-4
Czas rozgrywki: 15 minut
Wiek: 5+
Ocena: 7/10

Opis: 

Ptaki KIWI chciałyby spędzić trochę czasu poza Nową Zelandią. Niestety, mają jeden mały problem – są nielotami. Wpadły jednak na pewien pomysł. Jeśli wskoczą do skrzyń, w których przewozi się owoce KIWI, to będą mogły dotrzeć do różnych miejsc na świecie. Szybko zbudowały katapulty i… tu wy wkraczacie do akcji. Pomóżcie nielotom dostać się do skrzyni z owocami! KIWI to wesoła gra rodzinna, w której liczą się refleks, zręczność i odrobina taktyki.

Recenzja:

Pamiętam, że będąc dzieckiem kochałam grać w pchełki. Potrafiłam spędzić przy nich nawet cały dzień! KIWI - LEĆ NIELOCIE, LEĆ! odrobinę przypomina wcześniej wspomnianą grę, lecz zamiast kapselków mamy tutaj żetony z uroczymi kiwi. Zasady również są nieco inne, jednak jedno się nie zmienia - trzeba właściwie trafić.





Gra składa się z 40 żetonów kiwi (po 10 w każdym z 4 kolorów), 4 ramp z gumką oraz ciekawie skonstruowanej, tekturowej planszy. Posiada ona podpórkę pod siebie (do której po grze można schować żetony, co jest niezwykle praktyczne) oraz tekturową kratę, wyznaczającą 16 pól. Zarówno podpórkę, jak i kratę musimy zbudować sami z elementów wewnątrz pudełka, jest to jednak banalnie proste i zajmuje niewiele czasu. Można więc szybko przystąpić do gry.






Przed rozpoczęciem zabawy warto przetestować katapultę. Z początku żetony kiwi latały mi daleko poza planszę (a czasem trafiały i w drugiego gracza) i dopiero po kilkunastu próbach udało mi nauczyć się właściwie z niej celować (choć wypadki wciąż się zdarzają). Na szczęście żetony są lekkie i nie są w stanie wyrządzić krzywdy. Wbrew pozorom kiwi-nieloty potrafią latać naprawdę daleko...





Zasady gry są proste, a rozgrywka niezwykle szybka. KIWI - LEĆ NIELOCIE, LEĆ! polega na trafieniu wszystkimi żetonami do pól na planszy. Jeśli któryś z graczy trafi do czterech sąsiadujących ze sobą pól (jak na zdjęciu po prawej), krzyczy KIWI! i wygrywa grę. Wszystkie 4 żetony muszą być jednak na wierzchu. Jeżeli żadnemu z graczy nie udało się stworzyć kwadratu, wyjmuje się wszystkie żetony - każdy z graczy wyciąga stosy żetonów, na których wierzchu jest jego żeton i następnie je liczy (kolor nie ma tu znaczenia). Wygrywa osoba z największą liczbą żetonów.


Instrukcja gry jest doskonała: krótka, jasna i na temat.


Gra jest niezwykle wesoła i emocjonująca, niezwykle wciąga. Za pierwszym razem rozegraliśmy w nią około dwudziestu rund! Ponieważ wszyscy gracze strzelają do pudełeczka jednocześnie, sytuacja na planszy stale się zmienia. Bywa, że kiwi zderzają się ze sobą, co wywołuje zarówno rozbawienie, jak i złość, gdy przez zagrywkę danego gracza pójdzie coś nie po naszej myśli lub ogromną radość, gdy dzieje się wręcz przeciwnie. Przez jedno z takich zderzeń udało mi się nawet raz wygrać. :)

Do większości elementów również nie mam zastrzeżeń. Kiwi na żetonach są przeurocze, plansza i katapulty również wywołują pozytywne wrażenie. Są również bardzo wytrzymałe - wszystkie poza pudełkiem. Już po pierwszej grze nieco się starło wewnątrz po bokach. Co prawda nie przeszkadza to w rozgrywce, ale wolałabym mocniejszą, bardziej tekturową oprawę. Weselej byłoby również, gdyby kiwi na żetonach były bardziej zróżnicowane, jeden wzór na danym kolorze to jednak za mało dla dziecka, które dużą wagę przywiązuje do estetyki (spostrzeżenie 8-latki).

KIWI - LEĆ NIELOCIE, LEĆ! to idealna pozycja dla najmłodszych, przede wszystkim przez wzgląd na barwną oprawę, radosne kiwi oraz nadzwyczaj łatwe do zrozumienia zasady. Choć wydawca proponuje tę grę od 5 roku życia, mój 3-letni siostrzeniec poradził sobie bez problemu z katapultą oraz regułami (choć cwaniak czasami oszukiwał - zasłaniał rączkami planszę). Dodatkowo gra ćwiczy refleks, zręczność oraz uczy bystrego myślenia (taktyki). Jeśli szukacie prostej, rodzinnej gry, przy której spędzicie miłe chwile - koniecznie zaopatrzcie się w tę pozycję. Letni klimat sprawia, że na wakacje jest jak znalazł! My gramy w nią codziennie. 

Tę grę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu EGMONT! :)

sobota, 25 czerwca 2016

Agnieszka Frączek - "Po co komu mamut?"

Autor: Agnieszka Frączek
Tytuł: Po co komu mamut?
Wydawnictwo: EGMONT
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 48
Ocena: 7/10
Wiek: 3-7 lat

Opis:

Sympatyczny mamut, który całe wieki spędził jako malowidło na ścianie jaskini, postanawia zmienić miejsce zamieszkania i wyruszyć w szeroki świat. Czeka na niego wiele niespodzianek... Ta klasyczna w formie bajka Agnieszki Frączek, pięknie zilustrowana przez Joannę Rusinek, rozbawi do łez i małych, i dużych.

Recenzja:

Poczytaj ze mną to zaproszenie do magicznego świata literatury.

Po co komu mamut? urzekł mnie swoją okładką. Gdy tylko ujrzałam tego maleńkiego, zagubionego i zaskoczonego zwierzaka, musiałam od razu poznać jego historię! Tytuł książki Agnieszki Frączek również zrobił swoje, bo... po co właściwie komuś we współczesnym świecie mamut? Nie mogłam się doczekać aż poznam odpowiedź, a w jej poznawaniu towarzyszył mi 3-letni chrześniak, miłośnik wszystkiego co słoniowate. 

Na rysunkach stu, w jaskini,
mieszkał mamut w wersji mini.
Był włochaty jak należy
i jak trzeba dwa kły szczerzył,
tylko nie wiadomo czemu
twórcy semu nieznanemu
wyszedł ciut niewymiarowy.
Ot, mamucik kieszonkowy.

Historia małego, różowego mamucika jest pozornie prosta: biedakowi znudziło się życie na ścianie jaskini i postanowił wyruszyć w pełen przygód świat. Spotyka tu wielu przyjaciół, między innymi kota i wróbelka (mój ulubiony bohater - zdjęcie poniżej powinno wyjaśnić dlaczego), lecz czyhają na niego również niebezpieczeństwa - jak choćby niezbyt przyjemny treser. Na szczęście mamucik ma trąbę na pulsie i wie komu ufać, a przed kim uciec i dzięki nowym przyjaciołom odnajduje odpowiedź na dręczące nie tylko czytelnika, ale i go samego pytanie: po co komu mamut?


Po co komu mamut? jest niezwykle sympatyczną bajeczką dla najmłodszych, przy której nie sposób się nie uśmiechnąć. Tradycyjna, rymowana forma urozmaica lekturę, a fragmenty dźwiękonaśladowcze rozśmieszają malucha do łez. Z przyjemnością śledziliśmy perypetie małego, różowego mamuta oraz dzielnej zgrai jego towarzyszy, których jest naprawdę wielu. Wcale mnie to nie dziwi, ponieważ sama chętnie zaprzyjaźniłabym się z ujmującym osobnikiem. Wesołe i ciepłe zakończenie dopełnia całości, tworząc niebanalną, uwieńczoną pysznym serniczkiem bajeczkę. 

- Hm... Wygląda dość przyjaźnie,
choć to mamut, najwyraźniej.
Taką śmieszną ma fryzurę!
(Zwierz nieśmiało zerknął w górę...)
O! Popatrzył mi się w oczy!
Mimo kłów jest przeuroczy.
I pozwala się pogłaskać!
Chodź, mamucie. Zjadłbyś ciasta?
Mamy sernik, może być?
Tylko najpierw łapki myć!


Jak przy każdej książeczce Wydawnictwa EGMONT, tak i tutaj muszę pozachwycać się ilustracjami. Rysunki Joanny Rusinek są kolorowe, zabawne i doprawdy pocieszne, bardzo dużo się na nich dzieje. Miejscami przyjmują nawet formę nieco chaotycznej groteski, lecz nie ujmuje to im uroku. Zwracają na siebie uwagę, to pewne. Najwięcej czasu poświęciliśmy tutaj na poszukiwania kieszonkowego mamucika, który - niestety - nie pojawia się na każdej stronie. Za mało mamuta w opowieści o mamucie, że tak napiszę.

Po co komu mamut? to idealna pozycja dla najmłodszych, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z czytaniem. Trafiają się tutaj nieco cięższe słowa, ale dzięki rymowanej formie łatwiej je przeczytać, ponieważ bajeczka trzyma niemal jednostajny rytm. Jest ona również świetnym poprawiaczem humoru - mnie wróbelek niezwykle ubawił, a hasający po stronach sympatyczny mamucik cieszył oczy. A wracając do pytania zawartego w tytule - nie odpowiem na nie zgodnie z treścią, a z serduszkiem. Po co komu mamut? Do czytania! :)

Polecam serdecznie. 

Tę książeczkę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu EGMONT. :)