Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2019

Renata Opala - "Królestwo Złociste"

Autor: Renata Opala
Ilustrator: Edyta Danieluk
Tytuł: Królestwo Złociste
Wydawnictwo: Skrzat
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 272
Ocena: 8/10
Wiek: 7+

Opis:

Złowrogi cień spowija szczęśliwą dotąd krainę. Na barki królowej, pięknej i delikatnej Majrany, spada ciężar uratowania królestwa przed zakusami wrogów. Garlandowi – prawowitemu następcy tronu – grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Wraz z młodszą siostrą, Tulipanną, udają się w pełną przygód podróż. Od jej powodzenia zależeć będą dalsze losy Złocistego...
Opowieść pełna przygód, magii i baśniowych postaci.

Recenzja:

Za górami, za lasami, za siedmioma dolinami... żył sobie król i królowa a wraz z nimi ich dwie najukochańsze pociechy – syn i córka. W podobny sposób rozpoczyna się niejedna bajka dla dzieci. Bardzo lubię opowieści na motywie monarchii, dlatego zainteresowałam się książką Królestwo Złociste od wydawnictwa Skrzat. Nie zabraknie w niej walki i przygód pełnych niebezpieczeństw. Jednak zanim przejdziemy do fabuły, najpierw zauroczy nas sposób zapakowania przesyłki. Uwielbiam takie niespodzianki, gdyż zawsze zachwyca mnie staranność i oryginalne podejście adresata w tej kwestii. Złoty papier przewiązany wstążką w tym samym kolorze i dwie lekko zasuszone stokrotki to otoczka wprowadzająca w magiczny klimat, który nam sprawił niemałą radość. Później natomiast przekonaliśmy się, co skrywa wnętrze opakowania i samej książki. Okazało się, że opowieść jest równie zadowalająca jak pierwsze wizualne wrażenie a przez to naprawdę warta przeczytania. 


Ważniejsza niż sam sposób wydania zawsze powinna być treść książki, ale nie oszukujmy się – zawsze miło jest pozachwycać się okładką i poczuć podziw wynikający już z samego patrzenia na nią. Zwłaszcza dziecięce opowieści muszą mieć ciekawy charakter graficzny, gdyż to ilustracje najbardziej przyciągają uwagę maluchów. Królestwo Złociste dedykowane jest czytelnikom od siódmego roku życia, a więc także tym, którzy dopiero uczą się czytać. Starsze dziecko z pewnością ucieszy się z takiego prezentu. Warto wiedzieć, że fabuła zawiera negatywne sytuacje a niepewność o losy bohaterów to jej motyw przewodni. Jednak wszystko to jest opisane w sposób przystępny dla dziecka, więc nie trzeba się bać, iż odnajdzie ono w niej coś nieodpowiedniego. Po prostu bądźmy przygotowani nie na słodką, ale w pewnym stopniu trudną (a przez to także wciągającą) historię.


Świat przedstawiony w powieści powinien przypaść do gustu młodemu czytelnikowi. Obrazuje problemy królestwa, które nagle zostaje pozbawione władcy. Na wolny tron czyha dwóch monarchów o nie do końca przyjaznych zamiarach wobec wdowy i jej dzieci. W celu ocalenia Złocistego dzieci zmarłego króla – Garland i Tulipanna – muszą wyruszyć w daleką podróż, by szukać pomocy u władcy innej krainy. Podczas niej życie dzieci niejednokrotnie zostanie zagrożone. Ich opiekunowie będę musieli wykazać się sprytem i odwagą, by uchronić siebie i swoich podopiecznych przed okrutnymi wrogami. Czy podróżnym uda się bezpiecznie dotrzeć do celu? Z napięciem poznawaliśmy dalszy ciąg historii, gdyż akcja napędzana jest niepewnością o losy dzieci i całego Królestwa. 


Można zatem wywnioskować, iż jest to opowieść dla tych, którzy nie boją się smutnych tematów. Już na początku dzieciom przyjdzie zmierzyć się ze śmiercią. Następnie z podyktowanymi chciwością nieprzyjaznymi zamiarami władców. Wszystko to opisano dość subtelnie, bez zbędnej przemocy czy drastycznych opisów, w fabule występuje bowiem tylko jedna scena bijatyki. Osobiście w książkach dla dzieci popieram umieszczanie wątków poruszających różne trudne tematy. Pomagają one bowiem uświadomić im, że świat nie zawsze jest kolorowy. Królestwo Złociste jako powieść fantasy ukazuje również różnice pomiędzy miejscami z fantazji a tymi rzeczywistymi. Najważniejszą zaletą książki to fakt, iż losy bohaterów potrafią zaangażować słuchaczy i czytelników a przy okazji pobudzają ich wyobraźnię i wyzwalają szereg emocji, o których można rozmawiać i przeżywać je razem z dzieckiem.


Koniecznie trzeba dodać jeszcze kilka słów o oprawie graficznej książki. Poza wspomnianym na początku oryginalnym opakowaniu, warto wspomnieć także o ciekawych ilustracjach oraz o niespotkanym przez nas dotąd graficznym rozwiązaniu zastosowanym w tym wydaniu w celu ułatwienia czytelnikowi odnalezienia się w miejscu akcji powieści. Mianowicie, przed każdym rozdziałem umieszczono ornament roślinny, który zmienia się wraz z rozwojem wydarzeń. Wprawne oko odbiorcy zauważy, że taka sama sekwencja i kolor odnosi się do konkretnych bohaterów, których dotyczą rozgrywające się sceny w poszczególnych częściach fabuły. Czerwony kolor nawiązuje do przygód Tulipanny a zielony do Garlanda. Ten sprytny zabieg pozwala odnaleźć się w ciągłej zmianie miejsca wydarzeń. Poza tym rozdziały są odpowiedniej długości, dzięki czemu czytanie nie zniechęca i nie męczy dzieci. Tylko kilka w całej książce jest bardziej rozbudowanych.



Królestwo Złociste to opowieść o próbie ocalenia i obrony krainy zagrożonej chciwością podstępnych władców. Autorka w subtelny sposób przedstawia ich dążenie do władzy oraz ciekawie opisuje dziecięce przygody pełne niebezpieczeństw. To powieść fantasy pobudzająca wyobraźnię, będąca idealną lekturą dla starszego dziecka.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Skrzat.

sobota, 7 kwietnia 2018

Lena Wolska - „Wróżka z gwiezdnego pyłu" + KONKURS


Tytuł: Wróżka z gwiezdnego pyłu
Autor: Lena Wolska
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 136
Rok wydania: 2018
Ocena: 8/10
PATRONAT BAJKOWIRU

Opis:

O sztuce dobrego życia dla najmłodszych
Mała Hania od zawsze marzyła o tym, by zostać wróżką. Wesoła i bystra dziewczynka pragnęła opiekować się innymi, nieść pomoc potrzebującym i sprawiać, by świat stał się lepszym miejscem. Spotkanie z wilkiem Albertem – stuletnim mędrcem i opiekunem lasu, który opowiada jej o Gwiezdnym Pyle – staje się początkiem niezwykłej podróży. Dziewczynka i jej opiekun magicznym sposobem przemieszczają się od Tatr po Morze Bałtyckie, a w każdym z miejsc czeka na nich nowy nauczyciel… Ich nauki mówią o tym, jak dobrze żyć, dostrzegać piękno, znaleźć w sobie siłę i ufność w to, co przyniesie los. Czy Hania je zrozumie i podąży za radami Magów? Czy odkryje źródło i tajemnicę Gwiezdnego Pyłu? Podróż w głąb siebie nie zawsze jest prosta…


Recenzja:

Od dłuższego czasu staram się być mniej więcej na bieżąco z rynkiem literatury dziecięcej, więc zauważam pewne trendy. Na przykład to, że bardzo dużo publikacji skierowanych do dzieci przedkłada humor nad hołubiony niegdyś dydaktyzm. Kiedyś trudno było sobie wyobrazić książkę bez morału, dziś jego obecność nie jest już tak oczywista. Osobiście należę do tej grupy Czytelników i rodziców, którzy we wszystkim chcieliby zachować umiar - humor jak najbardziej, byle w dobrym wydaniu, które nie „odmóżdża", element dydaktyczny bardzo chętnie, jeśli tylko całość nie jest przesiąknięta bijącym po oczach moralizowaniem. Dziś będzie o książce, przy której wypada zwolnić tempo życia chociaż na chwilę i rozejrzeć się wokół, zachwycić tym, co nas otacza. Bo taka właśnie jest „Wróżka z gwiezdnego pyłu".

Nowa publikacja Wydawnictwa Novae Res to budująca opowieść o małej Hani, której marzeniem jest zostanie dobrą wróżką. Dziewczynka nie ma pojęcia, że ta moc jest w niej od dawna i po prostu czeka na odkrycie. To dzieje się, gdy pewnego dnia Hania za sprawą dotyku swojej dłoni uzdrawia spotkanego na drodze zajączka. Wtedy dociera też do niej, że rozumie mowę stworzeń, które przecież nie mówią jej własnym językiem. Potrafi się również z nimi porozumiewać. Zdziwienie Hani nie ustępuje, bo oto do grona jej nowych leśnych przyjaciół dołączył król lasu - ogromny wilk, który zabierając ją w podróż po świecie, pomoże odkryć tajemnicę gwiezdnego pyłu, jakim jest wypełnione serce dziewczynki. To w końcu z niego rodzi się miłość.

Kolejne rozdziały dotyczą pojęć, których nasza mała bohaterka uczy się pod okiem swojego mentora. Jest to rozwiązanie ciekawe z dwóch powodów - po pierwsze pojęcia zaczynają się na kolejne litery alfabetu, po drugie - w wielu przypadkach są to pojęcia abstrakcyjne, których sens często trudno wytłumaczyć młodemu człowiekowi. Być może publikacja Leny Wolskiej w tym pomoże. Absolut, harmonia, intuicja - wbrew pozorom nie tak łatwo zbudować definicje, które będą przystępne dla dzieci.


W książce znajdziemy dużo ciepła, emocjonalności i treści ważnych w życiu każdego człowieka. Takich, o których zbyt często zapominamy. Osobiście nie pogardziłabym jednak odrobiną humoru, bo jest to jednak publikacja przeznaczona dla dzieci i chcąc utrzymać ich zainteresowanie podczas lektury na wysokim poziomie, element humorystyczny byłby wskazany. Nie do końca mam także przekonanie do nadawania zwierzętom ludzkich imion, ale to już bardzo subiektywne odczucie.

Podsumowując, jest to książka z budującym przesłaniem, kształcąca i traktująca o rzeczach, zjawiskach i uczuciach, o których warto z dziećmi rozmawiać już od najmłodszych lat. Niemniej ze względu na jej poważną tematykę dzieliłabym lekturę na krótsze odcinki, aby zainteresowanie słuchacza nie wygasło.

Książkę recenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

KONKURS!

W związku z tym, że objęłyśmy książkę patronatem, mamy dla was egzemplarz „Wróżki z gwiezdnego pyłu” do wygrania!
Sponsorem jest wydawnictwo Novae Res.
Koszt wysyłki ponosi sponsor.
Termin: 02.04.2018r. - 13.04.2018r. do godziny 18:00.
Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w konkursie?
ZADANIE: Napiszcie w komentarzu na blogu Bajkowiru, dlaczego „Wróżka z gwiezdnego pyłu" powinna trafić właśnie do was. Wygrywa najciekawsza odpowiedź!

Powodzenia!

piątek, 23 marca 2018

Agata Widzowska - "Psierociniec. W poszukiwaniu straconego węchu"


Tytuł: Psierociniec. W poszukiwaniu straconego węchu
Autor: Agata Widzowska
Ilustracje: Nika Jaworowska-Duchlińska
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 57
Ocena: 10/10

Opis:

Miłośnicy psów będą zachwyceni nową książką Agaty Widzowskiej!

Druga część Psierocińca to wzruszająca historia psa o imieniu Budzeł, który pewnego razu traci węch, wyrusza więc na jego poszukiwanie, poznaje nowych przyjaciół i przeżywa ekscytujące przygody. Książkę można czytać jako luźną kontynuację pierwszej części Psierocińca, ale także jako zupełnie osobną opowieść.

Recenzja:

Zaczęłam dość nietypowo, bo od części drugiej, ale okładka nie kłamała - spokojnie można traktować tę książkę jako zupełnie odrębną opowieść. Dlaczego akurat w ten sposób rozpoczęłam swoją przygodę z "Psierocińcem"? Cóż, lubię kierować się intuicją, a moje ręce podążyły najpierw w kierunku tej publikacji. Być może sprawiły to żywe kolory na froncie oprawy, może to kwestia wdzięcznego podtytułu - w końcu szukano już wszystkiego, włącznie z czasem, a może to kwestia tych dwóch sympatycznych psiaków, które zdobią okładkę. Najpewniej zadziałała mieszanka  tego wszystkiego.


Musicie wiedzieć, że jestem straszną psiarą. Bo skoro o kobiecie, która lubi koty, mówi się kociara, to chyba nie będzie błędem użycie takiego określenia. W moim rodzinnym domu zawsze były dwa psy. Jeden to za mało, czułby się zresztą samotny. Dopiero kiedy wyprowadziliśmy się z bratem i rodzice zostali sami, ograniczyli się do jednego psiaka, za to z podwórkowców przerzucili się na zwierzaka domowego. Z mężem nieustannie toczymy wojnę o psa. Niestety na razie wygrywa tę potyczkę, ale karta w końcu się odwróci, a po naszym podwórku będzie hasać czworonożny przyjaciel z merdającym ogonem. Uwielbiam psy, wierzę w to, że są przyjaciółmi ludzi i gdy widzę publikację skierowaną do dzieci, w której główny bohater to pies, ciężko mi się powstrzymać, żeby nie sprawić jej mojej córze. W końcu chciałabym zaszczepić w niej podobne podejście.

Bohaterami tej części "Psierocińca" są dwa sympatyczne zwierzaki. Długi, chudy, trochę taki jamnikowaty, acz ładniejszy od jamnika Budzeł, którego wesołe usposobienie i ekspresyjny temperament często pakowały go w mniejsze lub większe kłopoty i pulchniutki, ospały Śpiocheł. Ta para zdecydowanie stanowi potwierdzenie powiedzenia, że przeciwieństwa się przyciągają.

Pewnego dnia Budzeł zauważa, że przestał odczuwać zapachy. Jedzenie przestało smakować, bo bez zapachu to już nie to samo, a na podwórku stał się obiektem kpin kota, którego również nie potrafił wyczuć, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Tak niepodobna żyć! Budzeł wyrusza zatem w podróż w poszukiwaniu utraconego węchu. Jego droga usłana jest mnóstwem przygód, ale czy uda mu się wrócić do domu? W końcu zajęty tym wszystkim, co go otacza i skoncentrowany na swoim zadaniu zapomniał znaczyć trasę. 

Książka ma twardą oprawę i fantastyczne ilustracje z kreską bardzo w moim guście. Jest ich też dużo, więc jak rzadko kiedy nie mam na co narzekać w przypadku warstwy graficznej książki. 


Nie narzekam zresztą na nic, bo to naprawdę piękna i wartościowa publikacja z jednym z najpiękniejszych przesłań, z jakimi do tej pory spotkałam się w książkach skierowanych do dzieci. Zdecydowanie polecam!

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

piątek, 23 lutego 2018

Roger Hargreaves - "Pan Bystrzak"


Autor: Roger Hargreaves
Tytuł: Pan Bystrzak
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 32
Ocena: 7/10

Opis:

Pan Bystrzak mieszka w Bystrzakowie, gdzie wszyscy są niezwykle bystrzy! Tamtejsze mole czytają książki (prawdziwe mole książkowe!) i nawet drzewa potrafią kilka sprytnych rzeczy – wiedzą, która godzina i rodzą różne gatunki owoców! A wy jesteście wystarczająco bystrzy, żeby tam zamieszkać? Bo pan Bystrzak jest! „Och! Jestem strasznie bystry!”, powtarza z uśmiechem. Może Pan Bystrzak to Ty?
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii książkowych dla dzieci na świecie nareszcie w Polsce. Poznaj bohaterów cyklu Mr Men i Mała Miss. Książeczki z charakterkiem.

Recenzja:

Bystry umysł - kto z nas nie lubi być określany tym mianem? Cieszą się dzieci, gdy usłyszą, że są bystre. Cieszą się również rodzice, gdy używa się tego określenia w stosunku do ich pociech. Trudno się zatem dziwić, że cieszył się także Pan Bystrzak, bohater tej sympatycznej, acz krótkiej opowiastki. 

Pan Bystrzak mieszkał w Bystrzakowie, gdzie - jak łatwo się domyślić - wszyscy mieszkańcy odznaczali się tą hołubioną cechą charakteru. Zwłaszcza nasz bohater, który sam siebie nazywał Najbystrzejszą Osobą na Świcie. I rzeczywiście tak było w miejscu, gdzie na co dzień zamieszkiwał. Pewnego jednak dnia Pan Bystrzak udał się na spacer tak daleki, że przekroczył granice znanego, bezpiecznego Bystrzakowa, a tam spotkał kilka ciekawych postaci, które są postaciami przewodnimi w pozostałych częściach serii. A że książeczek jest aż czterdzieści siedem, autor wybór miał bardzo szeroki. Postawił na Pana Radosnego, Pana Łakomczucha, Pana Zapominalskiego i Pana Drobiażdżka. 

Jak wielkie musiało być zdziwienie Pana Bystrzaka, kiedy nagle okazało się, że... nie potrafi odpowiedzieć na pytania zadane mu przez napotykanych na swej drodze spacerowiczów! Tyle wiedzy w mądrej głowie naszego bohatera i ani jednego żartu, ani jednego przepisu na pyszne danie i brak pomysłu na sposób, by zyskać kilka centymetrów wzrostu! To chyba nie najmądrzejsze, co Panie Bystrzaku? Podobnie jak przechwalanie się, że jest się najmądrzejszym na całym świecie.


Książeczka pokazuje małym Czytelnikom, że istnieją różne rodzaje inteligencji i każdy z nich jest wyjątkowy. Nie ma osób najlepszych we wszystkim i to właśnie jest piękne, bo dzięki temu różnimy się od siebie i możemy nawzajem uczyć. Jedni mają smykałkę do przyswajania wiedzy książkowej, inni świetnie gotują i choć daty choćby rozbiorów Polski za nic nie wejdą im do głowy, to już każdy przepis na przepyszne dania ma tam swoje miejsce. To jest naturalne, dobre i ciekawe. Mimo że czasem trudno pogodzić się z tym, że w jakiejś dziedzinie ktoś jest lepszy od nas. Jeszcze trudniej to zaakceptować, gdy ma się lat kilka.

Książeczka została zilustrowana dość przyjemnymi dla oka ilustracjami, ale chyba po raz pierwszy w życiu użyję stwierdzenia, że jej niewielkie gabaryty niekoniecznie muszą stanowić zaletę. Zwykle tak właśnie jest w przypadku książeczek przeznaczonych dla najmłodszych, jednak są to książki grube, z tekturowymi stronami, które potrafią stawić opór dziecięcej ciekawości świata, często sprowadzającej się do testowania wytrzymałości publikacji. Format tej serii, owszem, jest poręczny dla niewielkich rączek, ale cieniutkie kartki mogą bardzo łatwo ulec zniszczeniu.



Jestem ciekawa pozostałych książek w tej serii, a że na półce czekają jeszcze trzy, Bajkowir zaroi  się teraz sympatycznymi postaciami reprezentującymi określone cechy charakteru. "Pan Bystrzak" to przedstawiciel serii dla chłopców, ale niebawem pojawi się tutaj także coś dla dziewczynek. 

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

piątek, 16 lutego 2018

Luc Parthoens, Thierry Culliford - "Smerf Dzikus. Tom 19"


Autor: Luc Parthoens, Thierry Culliford
Tytuł: Smerf Dzikus. Tom 19
Wydawnictwo: EGMONT
Seria: SMERFY KOMIKS
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 48
Ocena: 8/10

Opis:

Koniec lata przyniósł straszliwe upały i suszę. W lesie Smerfów dochodzi do pożaru, ale dzięki zaradności Papy Smerfa i współpracy reszty skrzatów udaje się uratować część wioski. Pomimo sporych zniszczeń Smerfy nie załamują się i przystępują do odbudowy swoich domostw. Jakby miały mało problemów, to okazuje się, że ktoś lub coś zabrał jeden z ostatnich ocalonych worków z orzechami. Smerfy postanawiają zastawić pułapkę na tajemniczą postać, w którą wpada Dzikus… Pojawienie się Dzikusa to dopiero początek wielu niezwykłych przygód, wśród których nie zabraknie również walki z podstępnym Gargamelem. Kim jest Dzikus i co sprowadza go do wioski dowiecie się z albumu. Smerfy zostały stworzone przez belgijskiego scenarzystę i grafika Pierra „Peyo” Culliforda (1928–1992). 
Obecnie autorami nowych opowieści o Smerfach są jego, w tym jego syn Thierry. Komiksy Peyo zostały zaadaptowane na potrzeby filmów o przygodach niebieskich skrzatów.

Recenzja:

Smerfy - kto z nas nie lubił ich w dzieciństwie? Trudno byłoby znaleźć zapewne osobę, która nie kojarzyłaby niebieskich stworków w białych czapeczkach. Mnie ta sympatia pozostała do dziś, w dalszym ciągu najbardziej lubię smerfetkę, jak na dziewczynkę, a teraz już kobietę przystało, a najśmieszniejszy wciąż wydaje się mi Ważniak z tym swoim "a Papa Smerf powiedział", którego nie zabrakło oczywiście także w tej części. 

Tym razem wioskę Smerfów nawiedziła susza, która skończyła się pożarem lasu. Papie Smerfowi udało się co prawda zatrzymać ogień, ale spora część leśnej roślinności i domki Smerfów uległy zniszczeniu. Co gorsze, zaczęło brakować nawet pożywienia, więc dzielne stworki musiały wyruszyć po prowiant do innej części lasu, a następnie zająć się powolnym, acz sukcesywnym odbudowaniem swojej wioski. Już w trakcie wędrówki wydawało się, że nie są oni w lesie sami, że ktoś ich obserwuje. Może to tylko ich wyobraźnia zaczęła płatać figle na obcym terenie, a może... ktoś rzeczywiście czaił się w krzakach? Tego dowiedzieli się o wiele później, kiedy na scenę wkroczył nowy aktor - Smerf Dzikus, podbierający zapasy ze smerfiej spiżarenki. Skąd on się wziął? Czego tu szuka? I czy w ogóle uda się oswoić kogoś tak dzikiego, że ugryzł w palec Ważniaka? Przekonajcie się sami, sięgając po kolejną część tej wdzięcznej serii.

Lubię komiksy, choć muszę przyznać, że trochę trwało moje do nich przekonywanie się. Wróciłam do nich po latach, pamiętając, jak dużą frajdę sprawiało mi ich czytanie w dzieciństwie. Niestety teraz oczy już nie te i dość frustrującym było dla mnie to, że muszę książkę podstawić praktycznie przed sam nos, aby przeczytać te malutkie literki. Dobre okulary i pogodzenie się z faktem, że jestem krótkowidzem, załatwiły sprawę i na powrót mogę się cieszyć tą formą publikacji. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z komiksowymi przygodami Smerfów, bo czytałam już je dzieciom w przedszkolu i lekturę tę sobie chwaliły. Tak więc nie jest to jedynie mój sentymentalny powrót do przeszłości, ale także opinia potwierdzona przez grupę docelową Czytelników.



Jeśli ktoś lubi, jak ja, opowieści o Smerfach, ta książeczka jest w sam raz dla niego. Z młodszymi dziećmi czytać będzie rodzic, właśnie ze względu na niewielką czcionkę, ale starsze poradzą sobie same. Ładne, kolorowe ilustracje właściwe tej serii rekompensują niewielkie literki cechujące w sumie większość komiksów, z jakimi się w życiu spotkałam. Warto uzbierać całą serię, ucieszy ucho i oko malucha, stanowiąc także piękną ozdobę dziecięcej biblioteczki.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa EGMONT.

piątek, 9 lutego 2018

Anita Głowińska - "Dziura w gazecie"


Autor: Anita Głowińska
Tytuł: Dziura w gazecie
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 128
Ocena: 10/10

Opis:

Czy surowe śledzie chronią przed szkołą? Dlaczego dwa stare kapsle mogą doprowadzić do wojny? Czy babcia może zostać kulinarną szantażystką? Jak katapultą nauczyć ludzi sprzątania po czworonogach? I co takiego widać przez dziurę w gazecie?
Kiedy ma się głowę pełną szalonych pomysłów, łatwo wpaść w niezłe tarapaty. Kajetan i jego kumple coś o tym wiedzą. 
Druga część bestsellerowej książki Do czego służy kotlet?, a w niej kolejne zwariowane przygody szkolnej paczki urwisów, którzy nigdy się nie nudzą.

Recenzja:

Im więcej czytam publikacji skierowanych do dzieci, tym częściej odnoszę wrażenie, że obecny rynek literatury dziecięcej ma sporo do zaoferowania. Pewnie, że duża jego część to co najwyżej książki średnich lotów, niemniej można też spotkać prawdziwe perełki autorów współczesnych, nie tylko klasykę. Rolą rodzica jest te perełki wyszukać. Ja właśnie jedną z nich odkryłam. "Dziura w gazecie" od Wydawnictwa Adamada spełnia wszystkie moje subiektywne kryteria, aby za literacką perełkę ją uznać.

Poznajcie Kajetana i jego kolegów z klasy. Całkiem duzi to już chłopcy, skoro ich mamy zgodziły się na samodzielne wracanie do domu po szkole, takie prawdziwie dorosłe - razem z kolegami. Kajto pęka z dumy i jest wdzięczny rodzicielce za zaufanie, ale okazuje się, że... nie wszyscy potrafią się z faktem powrotnej samowolki pogodzić. Jak duże musiało być zdziwienie chłopca, gdy wychodząc ze szkoły zobaczył podejrzanie znajomą postać, która ma na sobie dziwną czapkę i wygląda jakby się ukrywała. A potem kolejna znajoma sylwetka. Tak, na pewno zna te buty! Może jednak mu się wydawało? Chyba że... są śledzeni! Nagle wszystkie elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce, a skoro chłopcy wykryli podstęp, podstępem również postanowili dać nauczkę amatorskim detektywom. 

Tak zaczyna się ta opowieść, a może liczyć na wiele, wiele więcej. Kajto to w końcu chłopiec z głową nie od parady, a jego słomiany zapał jest gwarancją tego, że na łamach książki dużo się będzie działo. Razem z nim wybierzemy się do muzeum, zawalczymy o przyjaźń i ucieszymy się z tego, że rodzice nie zawsze są konsekwentni, co tylko pozornie wygląda na wadę. Kajetan pokaże nam, że są takie sytuacje w życiu rodziny, gdzie konsekwencja jest zbędna, a nawet niepożądana.

Jestem zachwycona także ilustracjami, które znalazłam w książce. Duże, kolorowe i co szalenie istotne, a niestety nie tak często spotykane - z poczuciem humoru. Przemyślenia Kajtka typu "W ławkę można wbić: wzrok, gwoździa, pinezkę" zostały zilustrowane i zdecydowanie trafiły w mój gust.




Zdecydowanie polecam tę książkę. Dzieciaki będą zachwycone, a śmiem zaryzykować stwierdzenie, że rodzice również. Ja byłam. Tak sympatycznego bohatera nie sposób nie polubić bez względu na pierwsze cyfry naszego PESELu.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Adamada.

piątek, 10 listopada 2017

Jadwiga Roszkowska - "Bajki ze starej szafy. Opowieści prababci"


Autor: Jadwiga Roszkowska
Tytuł: Bajki ze starej szafy. Opowieści prababci
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 20176
Liczba stron: 64
Ocena: 7/10

Opis:

Była raz sobie mama, która układała dla swoich dzieci bajki i różne historyjki. Potem dzieci dorosły, a opowieści mamy trafiły na dno szuflady. Wiele lat później odnalazł je syn autorki, który sam był już dziadkiem. 

„A gdyby tak wydać te powiastki, żeby je poznały inne dzieci?” – pomyślał. Te historie nie dzieją się dawno temu, i nie za górami, za lasami. Baśniowość wnika tu w świat bliski dziecku, dobrze mu znany. Ale świat dobrze znany małemu człowiekowi z pierwszej połowy zeszłego wieku dla współczesnych dzieci jest równie niezwykły, co najbardziej fantastyczna opowieść. 

Recenzja:

"Bajki ze starej szafy" - kto z nas przeczytawszy te słowa, nie wróci myślami do kultowych "Opowieści z Narnii"? Idąc dalej tym tokiem rozumowania - trudno nie skusić się  na ten tytuł, zwłaszcza gdy widnieje przy nim dopisek "Opowieści prababci". Wszyscy przecież wiedzą, że babcie opowiadają najlepsze bajki na świecie. A co dopiero prababcie! Otwierając książkę, przekonujemy się, że nie była to przenośnia - Jerzy Roszkowski postanowił opublikować nieznane dotąd utwory swojej matki, które przez lata leżały zapomniane...w starej szafie.

Bajek w książeczce znajdziemy dziewięć, z czego trzy zyskały u mnie szczególne uznanie - o Jasiu sierotce, który pomimo posiadania jednego z rodziców nigdy nie zaznał ojcowskiej miłości i troski, o dwóch braciach mających wyruszyć w góry po śmierci ojca na poszukiwanie ukrytego skarbu oraz o małym chłopcu, co uwięził żabkę w słoiku i śnie, który sprawił, że pożałował swojej decyzji. Pozostałe historyjki również można zaliczyć do kategorii "przyjemnych dla ucha", nie na tyle jednak, by tu o nich opowiadać.

Gdybym miała oceniać jedynie bajki wymienione powyżej, byłaby to dziewiątka, nawet z rodzaju tych mocnych dziewiątek. Im dalej brniemy jednak w książkę, tym opowieści stają się krótsze. Momentami odnosiłam wrażenie, że jeszcze się dobrze nie zaczęły, a już natrafiałam na ich koniec. Trochę szkoda, bo niektóre zapowiadały się dość oryginalnie. Plus za ilustracje, minus za to, że jest ich tak mało, zwłaszcza w dłuższych bajeczkach, które aż prosiły się o więcej. 




Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, "Bajki ze starej szafy. Opowieści prababci" to dla mnie klasyczna siódemka - sporo zalet, ale też trudne do przeoczenia braki. Dzieciom zapewne spodobają się takie, jakimi są. Ja jednak spojrzałam na nie "dorosłym okiem", które oceniło: jest dobrze, ale mogło być lepiej.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

piątek, 27 października 2017

Magdalena Niedzwiedz - "Świat według Amelki"


Autor: Magdalena Niedzwiedz
Tytuł: Świat według Amelki
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 116
Ocena: 9/10

Opis:

Kiedy ludzie myślą o porodzie, zastanawiają się tylko nad tym, czy kobietę bardzo bolało i czy długo się męczyła – a czy ktokolwiek bierze pod uwagę uczucia dzieci? Nie wydaje mi się. A muszę Wam powiedzieć, że jest to dla nas (z pewnością mówię w imieniu wszystkich bobasów) wielka sprawa.

Mam na imię Amelka i już w chwili, gdy przyszłam na świat, wiedziałam, że czeka mnie tutaj wiele wyzwań. Bardzo kocham swoich rodziców i nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej niż w moim ciepłym, przytulnym domku. Moi rodzice zawsze dbają, żeby niczego mi nie brakowało: spędzają ze mną czas na wspaniałych zabawach, rysowaniu i rozwiązywaniu zadań z książeczek. Czasem też odwiedzam dziadków, jeżdżę w różne ciekawe miejsca, bawię się z innymi dziećmi i ciągle uczę się nowych rzeczy. Ostatnio urodził się mój brat Tymuś, który tylko leży i wiecznie płacze. W ogóle go nie rozumiem. Nie wiem, czy się polubimy. Zresztą za długo by opowiadać – lepiej otwórzcie tę książeczkę i przekonajcie się sami, co u mnie słychać.

Recenzja:

Myśląc o ciąży i porodzie, zwykle skupiamy się na przeżyciach przyszłej mamy - jej obawach, oczekiwaniach i doświadczeniach. Na rynek wydawniczy trafiają coraz to nowsze publikacje na ten temat. Niewiele natomiast mówi się o tej drugiej perspektywie - nowo narodzonego dziecka. A dla mnie, jako świeżo upieczonej mamy, jest to perspektywa szalenie istotna.

Poznajcie Amelkę, dziewczynkę, która dopiero co przyszła na świat. Niespecjalnie jej się tu podoba, w końcu jej poprzednie mieszkanko było ciche, cieplutkie, przyjemnie kołysało i w ogóle wszystkiego było tam pod dostatkiem. A teraz? Najpierw trzeba było się przeciskać, później oślepiało światło, dotykały zimne, nieprzyjemne przyrządy. Ogólnie - bez szału, ale nie pozwalają wrócić, a ty w dodatku jedyne, co potrafisz im powiedzieć to "aaaaaa" donośnym głosem. Dobrze, że chociaż inne dzieci rozumieją ten sekretny język, można przynajmniej wymienić się spostrzeżeniami. I tylko te dwie pary oczu wpatrzone w ciebie jak w obrazek dają nadzieję, że wszystko jednak będzie dobrze.

W takiej właśnie sytuacji, w sali porodowej w szpitalu, widzimy naszą bohaterkę po raz pierwszy. Choć nie jest specjalnie szczęśliwa z tego, że eksmitowano ją z poprzedniego lokum, postanawia przekonać się, co takiego czeka ją w nowym otoczeniu. A jak możecie się domyślać, czeka bardzo wiele. W końcu przed Amelką powrót do wielkiego domu, pierwsze spacery, wizyty gości, później pierwsze słowa, kroki i urodziny. Tych pierwszych razów w życiu Amelki będzie wiele, a każdy z nich opisany w sposób przywołujący uśmiech na twarz. Wszystko to właśnie dzięki tej dziecięcej perspektywie, której dorosła logika często stawia opór, nie rozumiejąc potrzeb maleńkiego człowieka, skoro ten nie potrafi ich zakomunikować werbalnie. Tymczasem najczęściej wystarczy odrobina wyobraźni i Amelka jest na to doskonałym przykładem. Narracja z pozycji dziecka, razem z dziecięcym pojmowaniem świata, sprawiają, że to lektura odpowiednia nie tylko dla młodych Czytelników, ale też dla dorosłych, którzy zapomnieli już, jak to jest być dzieckiem.

Pewnego dnia w życiu głównej bohaterki zachodzą duże zmiany - najpierw brzuch mamy zaczyna rosnąć, w końcu wygląda jakby zaraz miał pęknąć, a później mama wraca któregoś dnia do domu z nowym lokatorem, który przejmuje w dodatku łóżko dziewczynki. Skandal! Rodzice mają dla niej mniej czasu, bo mały krzykacz wciąż dopomina się o uwagę. Ale i na to Amelka znajdzie sposób i w końcu pogodzi się z faktem, że w rodzinie pojawiła się nowa osoba. Ba, może nawet polubi braciszka! Sądzę, że ten wątek może być pomocny w sytuacji, gdy Wasze pociechy nie mogą pogodzić się z faktem, że muszą się dzielić Waszą uwagą i czasem z rodzeństwem :)

Książka aż prosi się o to, by wystawić jej najwyższą notę. Nie mogę tego jednak uczynić. Wierna swoim zasadom, że w książkach dla dzieci oczekuję ilustracji, muszę odjąć jeden punkt. Szkoda, bo gdyby publikacja posiadała cieszące oko obrazki, byłaby książką kompletną. Mimo wszystko polecam. Na mnie wywarła bardzo pozytywne wrażenie.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res.

piątek, 13 października 2017

Rafał Witek - "Szczurki nie dają się wygryźć" (wydanie II, seria Czytam i główkuję)


Autor: Rafał Witek
Ilustracje: Daniel de Latour
Tytuł: Szczurki nie dają się wygryźć (wydanie II, seria Czytam i główkuję)
Wydawnictwo: Edukacyjny EGMONT
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 64
Ocena: 9/10
Wiek: 7+

Opis:

Po powrocie z wakacji szczurki czeka przykra niespodzianka. Ich kanał zajęły koty z bandy Kaprawego Oczka. Odzyskanie mieszkania będzie wymagać wielkiego sprytu i pomocy innych zwierząt. Szczurki to niezwykła kompania. Ich szalone przygody śmieszą i zachęcają do rozwiązywania najdziwniejszych łamigłówek.

Recenzja:

Kiedy na okładce czytasz, że bohaterami książki, którą właśnie trzymasz w rękach, jest sześć szczurów i jedna mysz (ją można przeboleć), to zastanawiasz się, czy nie odłożyć jej na półkę. Na szczęście w porę przychodzi refleksja, że szczur w rzeczywistości a szczur w książce dla dzieci to dwa zupełnie inne stworzenia. Zwłaszcza gdy autor potrafi sprawić, że książkowe szczury będą sympatyczne, o co wiele osób by ich nie podejrzewało. A jeśli do tego dołożymy kreatywność, której będzie się wymagać także od dziecka w trakcie lektury, wyjdzie nam książka, z którą warto dzieci zapoznać.

To już kolejna publikacja z serii "Czytam i główkuję", którą przyszło mi zrecenzować. Zasada jest ta sama co w przypadku tej przeznaczonej dla młodszych dzieciaków, tj. zabawna historyjka jest przeplatana zadaniami do wykonania, za które z kolei otrzymuje się medale, a na samym końcu dyplom. 

Inny jest oczywiście poziom trudności, gdyż "Szczurki nie dają się wygryźć" są przeznaczone dla przedziału wiekowego 7+. Znajdziemy tu więc zadania trudniejsze, dotyczące na przykład obliczania pól figur geometrycznych, sporo działań z mnożenia i dzielenia, trzeba będzie rozszyfrować wiadomość zakodowaną w jakimś dziwnym alfabecie, później zakodować własną, a nawet...stworzyć menu z pcheł, znając ich cenę rynkową!

Tym, co odróżnia książkę od jej odpowiednika dla dzieci młodszych, jest także humor zawarty w zadaniach. Z jednej strony mam świadomość, że z maluchami trzeba pracować na materiale konkretnym, także w poleceniach do wykonania, ale nie umiem odmówić sobie traktowania tego humoru jako kolejnej wartości dodanej, czyniącej wersję dla dzieci starszych zwyczajnie ciekawszą. Do tego sama opowieść jest w moim odczuciu bardziej wciągająca, zabawna i pomysłowa. Trudno byłoby się nie śmiać, czytając o tym, w jaki sposób tytułowe szczurki (i jedna mysz) próbują przegnać ze swojego legowiska koty z Kaprawym Oczkiem na czele. Czy misja się im powiedzie? Przekonajcie się sami i pozwólcie przekonać się Waszym pociechom :)




Książeczkę zdecydowanie polecam nie tylko ze względu na opisaną historię, która bardzo przypadła mi do gustu, ale także (a może przede wszystkim) na zadania, których jest dużo, ale ich sposób sformułowania nie kojarzy się stricte z nauką, jest raczej integralną częścią opowiadania, dzięki czemu nie powinno być problemów z chęcią do przećwiczenia matematyki i nie tylko.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa EGMONT.

piątek, 6 października 2017

Wojciech Widłak - "Król Gromoryk i niesforne jajko na miękko"


Autor: Wojciech Widłak
Ilustracje: Ewa Poklewska-Koziełło
Tytuł: Król Gromoryk i niesforne jajko na miękko
Wydawnictwo: Edukacyjny EGMONT
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 32
Ocena: 8/10
Wiek: 3-7 lat

Opis:

Królewski kucharz akurat zachorował, więc stery w zamkowej kuchni przejmują Gromoryk i Gaduła. Król oraz jego gadatliwy kot postanawiają przygotować pyszne śniadanie. Ciekawe, jak sobie poradzą… Król Gromoryk jest nietypowym władcą. Jego przygody zaskakują i skłaniają do myślenia!

Recenzja:

Co się stanie, jeśli mężczyzna zostanie w domu sam, bez kobiety, ewentualnie z gadającym kotem i nagle zgłodnieje? Na pewno coś śmiesznego - tak w życiu, jak i w książce przeznaczonej dla dzieci. W publikacji Wojciecha Widłaka z serii "Czytam i główkuję" Król Gromoryk nabrał strasznej ochoty na jajko na miękko i stało się to akurat pod nieobecność jego żony Dobrochny. Z pomocą ruszył zaprzyjaźniony kot, ale mimo najlepszych chęci obojga jajko na miękko okazało się wyjątkowo niesforne i nieskore do współpracy. Co do tytułowej niesforności jajka zdania są podzielone, niektórzy cechę tę pewnie ośmielą się przypisać samozwańczym kucharzom. Bez względu na to, po czyjej stronie jest racja, jedno jest pewne - śmiechu przy okazji tego kucharzenia będzie niemało. 

Książka ma postać ilustrowanej opowieści z zadaniami do wykonania. U dołu każdej strony znajdują się rozmaite ćwiczenia tematycznie związane z czytaną historyjką. Dziecko poćwiczy grafomotorykę, kolorując i dorysowując niewielkie elementy, co wymaga już wprawnej ręki i staranności. Przećwiczy kończenie szeregów przy pomocy tego, co najmłodsi lubią najbardziej - naklejek. Będzie musiało doprowadzić naszych bohaterów do właściwych pomieszczeń w zamku, choć na ich drodze staną kręte labirynty. Posegreguje elementy od największego do najmniejszego i odwrotnie, a potem rozdzieli ciasteczka tak, aby każdy dostał po tyle samo pyszności. 

Za niektóre zadania młody Czytelnik otrzyma medal do wklejenia na konkretnej stronie, zaś na końcu książeczki czeka na niego dyplom za dobrze wykonaną pracę. Nie od dziś wiadomo, że naklejki, choć przez niektórych krytykowane, to jeden ze skuteczniejszych sposobów motywowania dzieci do pracy.



Jak skończy się ta historia? Kiedy już zawiodą wszystkie pomysły Króla Gromoryka i Kota Gaduły, kiedy okaże się, że mimo wielu prób nie da się skleić skorupki jajka, wtedy do akcji (kuchni) wkroczy...kobieta. Tak więc zakończenie bardzo życiowe :)

Książeczkę polecam dla dzieci w wieku przedszkolnym - ze względu na poziom zadań do wykonania, objętość i samą historyjkę, która będzie dla nich źródłem wielu momentów śmiechu i dobrej zabawy.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa EGMONT.

piątek, 15 września 2017

Barbara Szymanek (red.) - "Bajki na dobranoc"


Autor: Barbara Szymanek (red.)
Tytuł: Bajki na dobranoc
Wydawnictwo: Wydawnictwo Olesiejuk
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 184
Ocena: 6/10

Opis:

Pięknie zilustrowany zbiór adaptacji znanych klasycznych baśni – wspaniała lektura dla najmłodszych!
Księżniczka na ziarnku grochu
Czerwone trzewiczki
Świniopas
Nowe szaty cesarza
Słowik i cesarz
Dziewczynka z zapałkami
Śnieżka i Różyczka
Mleczarka
Jaś i Małgosia
Król o Haczykowatym Nosie
Titelitury
Szewc i chochliki

Recenzja:

Komu przyszło w życiu usypiać małego człowieka, ten wie, jak pomocne mogą okazać się w tym przedsięwzięciu bajki czytane na dobranoc. Sami pewnie też mieliśmy w dzieciństwie ulubione historie, które opowiadali nam bliscy. Osobiście, wybierając książki na taką okazję, kieruję się dwoma zasadami. Nadrzędną jest ta, że bajki na dobranoc nie mogą być w moim odczuciu zbyt długie. Lepiej przeczytać dwie krótsze, niż długi utwór, który czasem trudno jest przerwać w środku, nawet z obietnicą powrotu do niego nazajutrz. Druga zasada to ilustracje. Mogłoby się wydawać, że w przypadku bajek kończących dzień malucha nie są one istotne, ja jednak uparcie twierdzę, że książki przeznaczone dla najmłodszych ilustracje muszą mieć.

W opracowaniu Wydawnictwa Olesiejuk pod redakcją Barbary Szymanek nie brakuje klasyki, którą wszyscy znamy i mniej lub bardziej lubimy. Znajdziemy tu "Księżniczkę na ziarnku grochu", smutną opowieść o "Dziewczynce z zapałkami", pośmiejemy się z naiwności monarchy w "Nowych szatach cesarza" i będziemy kibicować sympatycznemu rodzeństwu, które trafiło do słodkiej chatki czarownicy. Nie zabrakło także pozycji, które niekoniecznie wszystkim będą znane. Mi nie były. Tak więc poznamy opowieść o karle, który za pomoc przyszłej księżniczce zażądał pierworodnego potomka, o czym przypomniał jej po latach. Przeczytamy o tym, jak poniżony przez królewnę "Król o Haczykowatym Nosie" postanowi dać jej nauczkę i przy okazji rozkochać w sobie. 




Bajek w książce jest dwanaście. Wszystkie spełniają warunki, o których pisałam powyżej - są odpowiedniej długości i posiadają ilustracje. W większości z nich nie brak także morału, piętnującego rozmaite zachowania i pokazującego, że dobro wraca.

Tym, co uważam za wadę publikacji, jest jej format - zbyt mały jak na 184 strony tekstu, a przez to nieporęczny. Im bliżej środka książki jesteśmy, tym bardziej musimy ją wykrzywiać, przez co dość szybko przestanie wyglądać na nowy egzemplarz. Biorąc jednak pod uwagę jej cenę, nie ma co narzekać. Zagięcia i drobne zniszczenia nie zniszczą przecież tego, co najważniejsze - dobrze dobranego zestawu bajek, które kochają dzieci.

piątek, 25 sierpnia 2017

Eliza Piotrowska - "Tupcio Chrupcio. Ja się nie boję!"


Autor: Eliza Piotrowska
Ilustracje: Marco Campanella
Tytuł: Tupcio Chrupcio. Ja się nie boję!
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 28
Ocena: 8/10

Opis:

Tupcio Chrupcio jest już dużą myszką i zwykle jest bardzo dzielny, ale... czasem każdy może się przestraszyć odgłosów burzy, cieni na ścianie albo wody w basenie.
Czy Tupcio Chrupcio zrozumie, że nie trzeba się bać?
Posłuchajcie!

Recenzja:

Z serią książek o Tupciu Chrupciu spotkałam się po raz pierwszy w przedszkolu, w którym pracuję. Spośród wielu historii czekających na swoją kolej dzieci często wybierały właśnie przygody sympatycznej myszki, chcąc, by im poczytać. Myślę, że jest to związane z tematyką książek. Autorka w swoich publikacjach dotyka tematów z życia dzieci młodszych, często dla nich trudnych, które dopiero muszą oswoić.

Tupcio Chrupcio przeżywa to wszystko razem z nimi. On też nie wie, co go czeka w przedszkolu, gdy idzie tam po raz pierwszy i będzie musiał zostać bez mamy. Musi także wyrobić w sobie nawyk systematycznego mycia ząbków, a przed wizytą u lekarza zaczyna panikować. Tupcio także musiał kiedyś pożegnać swoje pieluszki i czasem w nocy nie może zasnąć. Innymi słowy - on też jest dzieckiem i ma takie same problemy i dylematy.

Pierwszą książką z serii Elizy Piotrowskiej, którą nabyłam do swoich prywatnych zbiorów, była część dotycząca strachu, czyli stanu często towarzyszącego maluchom, dla których wiele rzeczy jest nowych, a przez to ciekawych, ale jednocześnie przerażających. Aby je poznać i oswoić, muszą opuścić własną strefę komfortu, co dla kilkulatka może być źródłem dużego stresu. Tupcio Chrupcio także boi się różnych rzeczy. W końcu po zgaszeniu światła wieczorem w pokoju robi się ciemno i strasznie, a przedmioty bezpieczne za dnia przeobrażają się w krwiożercze potwory. W przedszkolu starsi koledzy dokuczają, a na basenie woda wchodzi do noska, co bynajmniej nie jest przyjemne. No i jeszcze burza z głośnymi piorunami. Jak mała myszka ma przetrwać w tak głośnym i niebezpiecznym świecie?




Tupciowi za każdym razem z pomocą przychodzi mama. Ich relacja to ważny element książki. To właśnie ona cierpliwie tłumaczy synkowi, że nie ma powodu do strachu, że to, co pozornie straszne, w rzeczywistości często nie stanowi  zagrożenia. Wystarczy to oswoić. Podkreślenie roli dorosłego w tym procesie jest dla mnie kluczowe. W końcu kilkulatkowi łatwiej będzie przez te wszystkie rzeczy przejść, jeśli tuż obok będzie ktoś bliski, kto doda otuchy i odwagi, a w razie potrzeby poda pomocną dłoń.

Za duży plus uważam ilustracje w książce, które znajdują się na każdej stronie. Z kolei duża czcionka będzie odpowiednia dla dzieci, które poznały już tajniki samodzielnego czytania. Seria godna polecenia, stanowiąca dobry punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem na tematy dla niego trudne.

sobota, 19 sierpnia 2017

Edward Kącki - "Wielka wojna z piratami"


Autor: Edward Kącki
Tytuł: Wielka wojna z piratami
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 64
Ocena: 3/10
Wiek: 4-7 lat

Opis:

Spryt, mądrość i odwaga pomogą pokonać nawet groźnych piratów!

Spokój w państwie Namara, rządzonym przez mądrego i dobrego króla Jerzego, zostaje zakłócony! Oto żądni bogactw piraci wysyłają szpiegów, a ci dowiadują się, że królewscy synowie, Arturek i Wiktorek, oraz ich kuzynki, księżniczki Ania i Basia, mają niebawem płynąć w odwiedziny do dobrej wróżki Doroty. Piraci napadają na królewski żaglowiec i mimo dzielnej obrony, księżniczka Ania zostaje porwana dla okupu. Wiktorek ucieka zbirom i zostaje królem wyspy, a Arturek wraca do domu i organizuje wyprawę – z pomocą brata zamierza uwolnić Anię z rąk porywaczy. Dzielni i zaradni chłopcy oraz ich nieustraszony ojciec król Jerzy postanawiają raz na zawsze rozprawić się z piratami grasującymi na całym Oceanie Błękitnym! Pomagają im w tym przyjaciele: sprytna małpka Nana, tygrysek Bambo i delfin Doro.


Recenzja:

Ta pozycja zaciekawiła mnie ze względu na poruszoną tematykę – cała nasza rodzinka uwielbia motywy marynistyczne (jak na Gdańszczan przystało ;)), a piraci to już w ogóle super sprawa – i przesympatyczną okładkę. Nie spodziewałam się może arcydzieła literatury dziecięcej, ale wartkiej akcji, ciekawej przygody i sympatycznych młodziutkich bohaterów.

A tu klops. Przede wszystkim dlatego, że książka jest bardzo dziwnie napisana. Cały czas miałam wrażenie, że czytam jakiś rodzaj streszczenia, albo kronikę wypunktowującą najważniejsze wydarzenia danej uroczystości, czy odbytej przez dzieci podróży. Praktycznie nie ma dialogów, przez wszystkie wydarzenia, przemyślenia, czy nawet rozmowy przeprowadza nas narrator. 

Kolejnym minusem, który nie pozwolił mi wczuć się w opisywaną przygodę, był skrajny brak realizmu. Ja wiem, że to bajka i to bajka dla młodziutkiego czytelnika, ale błagam, żadne dziecko nie uwierzy w istnienie małej księżniczki, która rezygnuje z wyprawy na czarodziejską Wyspę Skarbów na rzecz odrabiania zadań domowych z fizyki i matematyki! Podobnie łatwo powątpiewać w fakt, iż ośmioletni Wiktorek bez trudu wyrywa się z rąk dwóch dorosłych oprawców (w dodatku piratów posiadających spore doświadczenie w swym fachu), gdyż ukończył z wyróżnieniem kurs samoobrony. A król, który bez najmniejszego problemu i z wielką chęcią oddaje swą koronę nowo przybyłemu na wyspę rozbitkowi, to taką słyszał przepowiednię? Przecież nie dość, że to dość niespotykane u monarchów zachowanie, to w dodatku kompletnie nieodpowiedzialne! Oczywiście Wiktorek czuje się na nowym stanowisku niczym ryba w wodzie – w kilka dni (sic!) wybudował szkoły, fortyfikacje i flotę niepokonanych okrętów. Błyskawicznie poprawił stan gospodarki i poczucie bezpieczeństwa mieszkańców tworząc mocarstwo zdolne oprzeć się piratom. A wszystko to dzięki dobrym ocenom w szkole…

Ja rozumiem, że to bajka dla dzieci, a bajki nie muszą mieć zbyt wiele wspólnego z realnym światem. Ale po co od małego wciskać dzieciom takie kity? Chociażby, że kiedy dobrze się uczysz, to wszystko w życiu przyjdzie ci błyskawicznie i bez wysiłku. I nie chciałabym być źle zrozumiana - fajnie, że autor bierze na siebie obowiązek zachęcenia dzieciaków do nauki – to świetna inicjatywa i w pełni ją popieram! Ale co z tymi dziećmi, które uczą się gorzej? Bo nie mają zdolności, albo łapią lenia raz na jakiś czas? ;) Bo problem z tą książeczką jest taki, że wszyscy są tu prymusami – bez wyjątku uwielbiają fizykę, matematykę i chemię (ośmiolatek i chemia?), zdobywają najwyższe oceny, nagrody i wyróżnienia. A jeśli ktoś się uczy źle, to jest to wyłącznie zła czarownica. Moim skromnym zdaniem to jednak troszeczkę piętnujące. 

Jest jeszcze jedna sprawa, która zgrzyta mi w świecie przedstawionym – jego pomieszanie z poplątaniem. Na jednej płaszczyźnie współistnieją tu ścisłe umysły, mówiące zwierzęta, magia i wróżki wykorzystujące miotły jako środki lokomocji, czarodziejskie różdżki i pierścień spełniający życzenia niczym koralik Karolci i anioły zwiastujący przybycie pomocnej gołębicy.
No właśnie, skąd ten anioł? Ano stąd, że kiedy po ataku piratów chłopcy podbijają świat zostając królami, walcząc z piratami i organizując skomplikowane akcje poszukiwawcze, porwana i zamknięta w wieży Ania kładzie się plackiem i modli żarliwie. Oczywiście ze wspomnianym wyżej skutkiem. Powiem szczerze, że jako (już nieco podrośnięta) dziewczynka wolałabym jednak planować ucieczkę i również uczestniczyć w bitwach z piratami, niż zanudzając się na śmierć biernie oczekiwać na ratunek. A za moich czasów nie było jeszcze w modzie określenie „gender”!

Tym, co zszokowało mnie najbardziej, była kompletna bierność dorosłych. Rodzice nie interesują się losem dzieci – wysyłają je w niebezpieczną podróż zawierzając artefaktowi o niesprawdzonej mocy, a po ataku na ich statek nie wyruszają na poszukiwania i nie ścigają winnych. Moi rodzice poruszyliby niebo i ziemię, by tylko mnie odnaleźć i ja to samo zrobiłabym dla swojej córki. Tym bardziej postawa króla i królowej wprawia mnie w zdumienie. Podobnie jak absurdalność podejmowanych przez nich decyzji. Pięciolatek ma ambicje by zostać dowódcą misji poszukiwawczej? Spoko, tata chętnie zostanie w domu. Król Jerzy ruszył się ze swojego pałacu dopiero pod sam koniec książki, wy wspomóc syna w wojnie z piratami. Swoją drogą kiedy ośmioletni syn postanowił „iść na swoje” i rządzić samodzielnie innym państwem, tata nie miał nic przeciwko.

Podobnie dorośli piraci są raczej nieszczególnie bystrzy, naiwni i nieporadni. Małą Anię obudziły hałasy, a spała na drugim piętrze wieży. Za to śpiącego w szałasie strażnika nie obudziło pętanie kończyn linami (swoją drogą w wykonaniu pięciolatka – to musiały być mocne więzy), przenoszenie ani nawet wrzucenie pod pokład. 

Mocno zastanawia mnie również postać dziwnej dobrej wróżki – samochwały, będącej zarzewiem całej przygody. Zaprasza ona dzieci na swoją czarodziejską, ociekającą bogactwem wyspę, by przy wspólnym posiłku poprzechwalać się nieco swoimi osiągnięciami w „byciu dobrą”.
„Już od dziecka bardzo lubiłam matematykę. Mówiono, że byłam zawsze pełna fantazji, a ja miałam po prostu bardzo rozwiniętą wyobraźnię, która pozwalała mi przewidzieć różne, niekiedy zaskakujące, sytuacje.”
Czy fantazja i wyobraźnia to przypadkiem nie są synonimy? I co ma do tego sympatia do matematyki? W każdym razie te przymioty pozwoliły wróżce Dorocie dokładnie przewidzieć szczegóły napadu piratów na jej rodziców. I nic z tym nie zrobiła. Co więcej, znacznie bardziej emocjonalnie podchodzi do zdobytych wyróżnień w „czynieniu dobra”, niż do faktu, iż rodziców nigdy więcej nie widziała. Jest posiadaczką zaczarowanej wyspy pełnej drogocenności, na której 
„…występuje ciekawe zjawisko. Otóż bez względu na to, ile skarbów zostanie wywiezionych z wyspy, to i tak tyle samo na niej zostanie, ile było przedtem.” 
Dlaczego zatem słynąca z dobroci czarodziejka nie podzieli się z innymi? Chociażby z piratami. Może dzięki temu nie musieliby dłużej trudnić się rozbojem? I może czepiam się szczegółów, ale to przecież dzieci są mistrzami w zadawaniu takich pytań. I wymyślaniu genialnych w swej prostocie rozwiązań.
Swoją drogą dobroć to w książce Kąckiego rzecz bardzo względna. Wróżka Dorota zdobywa nagrody, medale i wyróżnienia za swą dobroć, nie waha się jednak przed popełnieniem zabójstwa. Sprawiedliwy król karze złoczyńców niewolniczą pracą w kopalniach, a mały Wiktorek bez wyrzutów sumienia zleca podpalenia wrogich statków. A wszystko to w imię „oczyszczenia” wód oceanu Błękitnego z piratów. W moim odczuciu, to jednak podwójna moralność.
Bohaterowie są mdli i bez charakteru. Ideały – sprawni fizycznie, mądrzy, zdobywający same piątki, praktycznie nie popełniający błędów, samodzielni, podejmujący autonomiczne decyzje - dorośli w ciałach dzieci. Nie jest łatwo identyfikować się z kimś takim. Szczególnie, że tak naprawdę nie dają się poznać. Wiktorek miał chyba w założeniu być kimś w stylu Króla Maciusia I, ale zdecydowanie brak mu charyzmy pierwowzoru.
Podobały mi się całkiem pomysłowe próby wytłumaczenia powstania niektórych nowoczesnych wynalazków, które pojawiły się również w wykreowanym przez autora świecie – jak książka kucharska, czy okulary przeciwsłoneczne. Bardzo przypadłe mi do gustu również krótkie rozdziały, dzięki którym książka nadaje się również dla młodszych dzieci nie radzących sobie jeszcze z większymi partiami tekstu na raz - na przykład do czytania „na raty” przed snem.
Rozczarowuje za to brak ilustracji. Po przesympatycznym i zachęcającym opracowaniu graficznym okładki (zarówno z przodu, jak i z tyłu), spodziewałam się ciągu dalszego wewnątrz. I spotkało mnie spore rozczarowanie. Faktycznie, książka jest bardzo ładnie wydana - na grubym, porządnym papierze, z tytułami rozdziałów wyszczególnionymi ozdobną czcionką, inicjałami, uroczymi miniaturkami palm oraz liści przy numerach stron i sporym, bardzo czytelnym tekstem, który dobrze sprawdzi się przy pierwszych próbach samodzielnej lektury. Zrezygnowano jednak z ilustracji na rzecz kiepskiej jakości zdjęć rodzinki bohaterów. I jak rozumiem sam zamysł, który uważam za rzadko spotykany i bardzo pomysłowy (w końcu w ten sposób mały czytelnik zyskuje świadomość, że również on może pewnego dnia przeżyć ekscytujące przygody), tak wykonanie jest naprawdę średnie. Zdjęcia wyglądają bowiem na wyjęte z rodzinnego albumu z lat 90- tych, kiedy to fotografie wywoływano z kliszy bez poprawek, czy powtórzenia ujęcia. Źle wykadrowane, nieostre, nieciekawe kolorystycznie. I choć mają znamiona stylizacji, zupełnie nie oddają klimatu opowiadania. Szkoda. 


Cała historia przywodzi mi na myśl bajkę na dobranoc, którą tata opowiada swoim dzieciom wymyślając wszystko na poczekaniu. I jako taka na pewno świetnie się sprawdziła. Jednak kiedy zamierzamy wydać książkę i mamy odpowiednią ilość czasu do namysłu, warto dopracować fabułę i szczegóły świata przedstawionego. Bo dzieci nie są głupie, co swoją drogą jest myślą przewodnią tej pozycji. Szkoda, że sam autor się do niej nie stosuje, gdyż na „Wielką wojnę z piratami” w jej obecnej formie szkoda czasu i dziecka i rodzica.

Książeczkę zrecenzowałam dla was dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res.