Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 czerwca 2021

Dagmar Geisler - "Czy ten smutek kiedyś minie? Jak poradzić sobie z żalem"


Autor: Dagmar Geisler

Tytuł: Czy ten smutek kiedyś minie? Jak poradzić sobie z żalem

Wydawnictwo: Jedność

Rok wydania: 2021

Liczba stron: 36

Wiek: 5+ 

Ocena: 9/10

Opis:

Książka ta w przystępny sposób pokazuje dzieciom, jak różnorodne są odcienie smutku i towarzyszące im odczucia. Zwłaszcza gdy jest to żal po stracie bliskiej osoby. Czy taki smutek w ogóle kiedyś minie? Autorka z wyczuciem przekonuje małych czytelników, że choć wydaje się to niemożliwe, prędzej czy później nadchodzi czas, kiedy robi się nam lżej i zaczynamy czuć radość z pięknych chwil, jakie przeżyliśmy razem z ukochaną osobą. Żywe i bliskie rzeczywistości ilustracje zachęcają dzieci do otwartej rozmowy o tej trudnej sytuacji.

Recenzja:

Smutek to uczucie, które jest nieodłącznym elementem życia każdego człowieka. To naturalne, że czasem go odczuwamy. Zresztą, gdyby nie smutek, to czy potrafilibyśmy docenić radość? Jego powody mogą być różne - to, co smuci jednych, wcale nie musi być powodem smutku dla innych. Różnimy się od siebie i odczuwanie smutku nie jest wyjątkiem. Różnie też radzimy sobie ze smutkiem - i między innymi o tym jest ta książka.

Tematyka jest bardzo trudna - bo istnieje taki rodzaj smutku, który ciężko ukoić. To smutek po stracie bliskiej osoby. U jednych będzie on trwał krótko, ale bywa i tak, że wydaje nam się, iż on już nigdy nie minie i będzie nam towarzyszył do końca życia. Czy rzeczywiście? Czy smutek po śmierci kogoś dla nas ważnego mija? Autorka pokazuje młodym czytelnikom, że w końcu będzie lepiej. Nawet jeśli początkowo wydaje się to nierealne. Warto podkreślić, że autorka traktuje ten temat z wyczuciem - nie poucza, nie mówi, co czuć się w takiej sytuacji powinno, a czego absolutnie nie. Rozumie, że każdy człowiek jest inny i ta żałoba w każdym przypadku także jest inna.


Co ważne - autorka podejmuje także temat tego, czy to jest okej, że nie czuje się wcale wielkiego smutku po śmierci kogoś bliskiego. To istotne zwłaszcza z punktu widzenia dziecka, które widzi różne pełne smutku reakcje, słyszy pełne żalu słowa, ale... samo nic takiego nie czuje. Czy to jest okej? Tak - i warto, by dziecko o tym wiedziało i nie obwiniało się o to, że wcale nie czuje rozpaczy.

Książka jest w dodatku ładnie wydana - dużo tu ilustracji i kolorów, pomimo tematyki. Dodajmy do tego twardą oprawę i atrakcyjną cenę - wcale mnie nie dziwi sukces tej serii!

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Jedność.

sobota, 29 lutego 2020

Eve Ainsworth - "Strata. Gdy świat się kończy"

Autor: Eve Ainsworth
Tytuł: Strata. Gdy świat się kończy
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data wydania: 26.02.2020
Liczba stron: 256
Ocena: 10/10
Wiek: 12+

Opis:

   Kiedy Alfie Turner traci matkę, jego świat rozpada się na tysiąc kawałków. Bez niej chłopak i jego ojciec nie potrafią już być rodziną. Nie umieją poradzić sobie z tą startą. I wtedy Alfie spotyka Alice. Dziewczyna ma swoje problemy, ale dopiero przy niej Alfie zapomina o własnych. Czy przyjaźń da tym dwojgu skrzywdzonych przez los młodych ludzi taką siłę, żeby mogli pomóc sobie nawzajem pozbierać się po trudnych doświadczeniach?

Recenzja:


Najbliższą osobą każdemu dziecku jest jego mama. To ona prowadzi go przez świat od najmłodszych lat. Jednak życie jest bardzo nieprzewidywalne i niektórym dzieciom zabiera tę najwspanialszą przewodniczkę po świecie, który właśnie z ciekawością poznaje. Jak młody człowiek ma sobie poradzić z taką niewyobrażalną tragedią? Tracąc matkę, traci także sens życia. Co ma zrobić, by na nowo go odnaleźć? Czy to w ogóle możliwe? Powieść Eve Ainsworth skierowana do starszych dzieci, zatytułowana Strata. Gdy świat się kończy to historia chłopca, który znalazł się w okropnej sytuacji i musi znieść ciężar utraty własnej mamy. Co uzmysławia nam jego opowieść? Przede wszystkim to, że po takiej tragedii potrzeba czasu na to, by na nowo odnaleźć w sobie siłę do dalszej życiowej wędrówki. Każdy inaczej przeżywa żałobę i trzeba pozwolić mu na swój sposób pożegnać bliską osobę, nawet jeśli wówczas postępuje wbrew sobie i ustalonym regułom.



Mój syn przeżył śmierć swojej babci i w związku z tym często zadawał mi pytania na ten temat. Był smutny, gdy dotarła do niego ta wiadomość i nieraz wspomina jej osobę. Chociaż ma dopiero dziewięć lat pomyślałam, że warto po części zapoznać go z historią bohatera owej książki. Sama jako osoba dorosła lubię czytać poruszające opowieści o trudnych a jednocześnie prawdziwych i życiowych sprawach. Strata. Gdy świat się kończy jest wartościową książką, piękną i wzruszającą, którą warto przeczytać samemu i podsunąć ją nastolatkom, aby zrozumieli, co w życiu jest najcenniejsze. Niektórzy z nich zbyt często zapominają, jak wiele mają szczęścia, że żyją w pełnej rodzinie.


"Mama przytuliła go odrobinę mocniej.
- Niedługo przestanie tak bardzo boleć. - Jej słowa były jak kojący balsam, a on zaczął się powoli odprężać w jej ramionach.
- Przekonasz się, Alfie. Ból zelżeje, obiecuję ci to.
Zamknął oczy, teraz już rozumiejąc. Wkrótce to przestanie tak boleć.
Po prostu trzeba było czasu."

Alfie Turner to uzdolniony chłopiec, który ma wspaniały kontakt ze swoją mamą. Niestety w wyniku choroby kobieta umiera a jego życie traci sens. Przestaje robić to, co do tej pory sprawiało mu przyjemność, pogorszeniu ulegają jego stosunki z rówieśnikami i tatą. Pewnego dnia spotyka tajemniczą dziewczynę, która również boryka się z niełatwymi problemami. Okazuje się, że nie tylko on cierpi a wspólnie można lepiej poradzić sobie z przeżywanymi nieszczęściami. Eve Ainsworth stworzyła wielopłaszczyznową historię o zmaganiu nastolatków z poważnymi problemami, na które bezpośrednio nie mają oni wpływu. Jest ona obrazem tego, że każda tragedia pozostawia w nas niezatarty ślad, jednak nie można się poddawać, bo pomimo straty wciąż czeka na nas jeszcze wiele pięknych chwil... Trudno jest to zrozumieć i przyjąć do świadomości, ale życie to naprawdę cenny dar, który trzeba doceniać nawet jeśli stawia przed nami tak okropne próby własnych sił.




Autorka pisze w ciekawy, przystępny dla współczesnej młodzieży sposób. Opowiada historię z dwóch perspektyw - czasu, kiedy mama Alfie'go żyła i okresu po jej śmierci. Nie brak tu wzruszających scen, poruszających za serce. Jednak zostały one poprowadzone w subtelny sposób, nie szokują i są dostosowane do wieku grupy docelowej opowieści. Książkę czyta się szybko, nieco większa czcionka jest ku temu dodatkową pomocą. Skromna okładka podkreśla wartość tematu opisanego w tej powieści i jak najbardziej z nim współgra. Mi wystarczył opis wydawcy, by wiedzieć, że muszę poznać historię Alfie'go. Wam też polecam ją przeczytać, gdyż chwila refleksji czasem potrafi zmienić na lepsze postrzeganie pewnych spraw i w pozytywny sposób zmienić nasze nastawienie do nich. Ta realistyczna historia jest naprawdę warta tego, by poświęcić jej swój czas.



Strata. Gdy świat się kończy to przejmująca opowieść o nieuniknionych kolejach życia, w której dowiemy się, w jaki sposób młody człowiek próbuje na nowo odnaleźć jego sens. Wartości w niej przedstawione zachęcają do refleksji nad własnym miejscem w świecie i nastawieniem do otoczenia. Prosty i przyjazny styl sprawi, że każdy nastolatek i dorosły nie będzie mógł się od niej oderwać. 

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Sandra Dieckmann - "Wróć, mój Wilku, wróć!"

Autor: Sandra Dieckmann 
Tytuł: Wróć, mój Wilku, wróć! 
Wydawnictwo: Amber 
Data wydania: 23 października 2019 
Liczba stron: 40 
Ocena: 10/10 
Patronat Bajkowiru

Opis: 

Przepięknie ilustrowana i chwytająca za serce książka wybitnej nagradzanej ilustratorki. Ciepło i mądrze pomaga dziecku zrozumieć stratę. I wspiera jak najlepszy przyjaciel 

Lisiczka i Wilk hasali razem, pływali razem i razem zachwycali się pięknem otaczającego ich świata. Aż do dnia, kiedy Wilk zniknął… 

Recenzja: 

Śmierć to niełatwy temat dla dzieci i sztuką jest napisać o niej mądrą bajeczkę, która pozwoli maluchowi zrozumieć istotę straty oraz jednocześnie będzie dla niego wsparciem. Sandrze Dieckmann udało się stworzyć książeczkę, która doskonale obrazuje tęsknotę oraz… przepełnia czytelnika przyjemnym ciepłem. 

Wróć, mój Wilku, wróć! to opowiastka na pierwszy rzut oka smutna, jednakże nie brakuje jej uroku. Objawia się on zarówno w historii, jak i bajecznych ilustracjach, którymi ja i moja siostrzenica jesteśmy absolutnie zachwycone. Dużą rolę odgrywają tutaj kolory, które idealnie współgrają z emocjami czytelnika. Radosne chwile przyjaciół przepełnia zieleń lasów i promienie słoneczne, smutne - ciemna noc. Uczucia są również wspaniale ukazane na twarzach – a raczej pyszczkach – bohaterów, a szczególnie Lisiczki, która nie może odnaleźć swojego przyjaciela… 

- Jutro ja będę świecącą gwiazdą. 


Historia ukazana we Wróć, mój Wilku, wróć! delikatnie wprowadza małego czytelnika w pojęcie starty i śmierci. Jest łatwa w odbiorze nie tylko przez wzgląd na piękne obrazy, ale i słowa, które równie skutecznie oddziałują na wyobraźnię i uczucia dziecka. I choć treści jest tutaj niewiele, zaledwie kilkanaście zdań, tak pozwalają uporządkować sobie myśli, zrozumieć co-nieco i – jak możemy przeczytać w opisie – wspiera jak najlepszy przyjaciel. 

On odszedł, ale wszystko to, co było wspaniałe i co robili razem, będzie z nią na zawsze.


Wróć, mój Wilku, wróć! to czarująca i chwytają za serce opowieść, która pomaga pogodzić się ze stratą i ukazuje piękno świata. Jestem przekonana, że urzeknie ona niejednego malucha i sprawi, że się uśmiechnie. Polecam z całego serducha – to jedna z najpiękniejszych książeczek, z jakimi miałam do czynienia! 

poniedziałek, 2 września 2019

Amber Lee Dodd - "Jesteśmy wielcy"

Autor: Amber Lee Dodd 
Tytuł: Jesteśmy wielcy 
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data wydania: 3 kwietnia 2019 
Liczba stron: 240 
Ocena: 8/10 

Opis: 

Sydney uważa, że jej mama Amy jest najlepsza na świecie – pomimo że jest inna niż wszystkie. Pozostali ludzie rosną, a Amy osiągnęła wysokość 124 cm i ani milimetra więcej. Według Sydney to całkiem w sam raz – wystarczająco wysoko, by sięgnąć do lodówki z lodami w supermarkecie, i wystarczająco nisko, by być wyjątkowym. Tata dziewczynki zmarł, gdy miała pięć lat, ale jej wspomnienia o nim, miłość mamy oraz towarzystwo starszej siostry Jade sprawiają, że Sydney nigdy nie czuje się samotna. 
Kiedy rodzina jest zmuszona do przeprowadzki, życie staje się bardziej skomplikowane. Sydney i Jade muszą nawiązać nowe przyjaźnie, stawić czoła szkolnym łobuzom i pojąć, o co właściwie chodzi z tym dorastaniem. A Sydney wcale nie chce rosnąć, jeśli miałoby to oznaczać, że przerośnie swoją mamę. 

Recenzja:


Bardzo lubię pozycje dziecięco-młodzieżowe, które poruszają ważne problemy oraz uczą młodego czytelnika właściwej wrażliwości, reakcji, postaw. W Jesteśmy wielcy nie brakuje wartościowych lekcji – m.in. o tolerancji, dorastaniu, rodzinie oraz… radzeniu sobie ze stratą. Wszystko to podane jest w lekkiej i zabawnej opowieści, która bez wątpienia poruszy serducho każdego! 

Sydney bardzo kocha swoją mamę i nie przeszkadza jej, że ta ma zaledwie 124 cm wzrostu. Niestety, niektórzy ludzie uważają inaczej – np. kiedyś facet w supermarkecie zapytał jej mamę, czy jest jednym z siedmiu krasnoludków. Nic dziwnego, że przez konieczność przeprowadzki na dziewczynkę spada mnóstwo zmartwień. Czy w nowym miejscu ludzie przyzwyczają się do inności jej Mamy? I czy – przez zmianę miejsca – nie ulecą z niej wspomnienia o tacie? 

W powieści Amber Lee Dodd można zakochać się od pierwszych stron. To sprawka bardzo lekkiego i przyjemnego stylu oraz przesympatycznej bohaterki-narratorki, która wspaniale prowadzi opowieść. Dziewczynka opowiada o bieżących wydarzeniach, wspomnieniach, smutkach oraz uczuciach jej towarzyszących. Bez trudu można się z nią zaprzyjaźnić. Rozkosznie opowiada o zmarłym tacie, który opowiadał jej rozmaite historie – te bardziej prawdziwe, jak i baśniowe – np. o Alvissie, mistrzu rzemieślniczym krasnoludów, który wytwarzał broń dla Thora, boga piorunów. Martwi się również dorastającą siostrą, która sprawia mnóstwa przykrości jej i Mamie przez buntowniczy wiek, ale i własnym postępowaniem – emocje i w niej niekiedy budzą Dzikiego Stwora… 

Tak to już jest z rodzinami: każdy dobrze wie, czym doprowadzić do płaczu innych. 

Rodzinne relacje to zdecydowanie jedna z najważniejszych spraw poruszana w opowieści. Ale – jak wspominałam wcześniej – równie istotna jest tutaj kwestia żałoby, radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby oraz… ruszenia dalej. Bliscy Sydney i ona sama musi sobie poradzić w końcu z tym, że jej tata już nie wróci, a wyprowadzka i pozostawienie znajomych kątów wcale nie sprawi, że zapomni o osobie, którą kocha... 

Nieważne, ile rzeczy się zmienia, nie zapominamy tych, których kochamy. 

Jesteśmy wielcy to cudowna opowieść, którą polecam absolutnie każdemu – nie tylko dzieciom. To fantastyczna pozycja, która bawi i wzrusza, pełna humoru i dramatów. Odpowiada na ważne pytania, choć… jeden istotny problem pozostawia bez odpowiedzi: jaki jest sens jazdy auto-zderzakami, jeśli nie można się zderzać? Przeczytajcie koniecznie!

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Paul Griffin - "Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń"

Autor: Paul Griffin 
Tytuł: Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 13 marca 2019
Liczba stron: 272
Ocena: 10/10

Opis:

Ben, samotny i zamknięty w sobie dwunastolatek, większość życia spędził w domu dziecka. Od dawna jego jedynymi przyjaciółmi są książki, zwłaszcza powieści science fiction. Lecz gdy pewnego dnia chłopiec przygarnia bezpańskiego psa, który też wie, jak to jest być niczyim, świat Bena zmienia się nie do poznania. A to dlatego, że poza kudłatym kundelkiem pojawia się w nim Tęczowa Dziewczyna, czyli Halley. Córka bibliotekarki, która nosi imię na cześć komety, zawsze chodzi w kolorowych czapeczkach i pisze książkę o akrobatce z lękiem wysokości. Ben zaczyna wymyślać tę historię razem z przyjaciółką… lecz czy możliwe jest szczęśliwe zakończenie?

Recenzja:

Niektóre książki zmieniają sposób, w jaki patrzysz na świat, aż nagle trafia się taka, która zmienia sposób, w jaki oddychasz. 

Sięgając po książkę Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń spodziewałam się opowieści o chłopcu z trudną przeszłością, który stopniowo odnajduje siebie za sprawą psiego przyjaciela i tajemniczej dziewczyny. Nic nie przygotowało mnie na to, że książka ta będzie emocjonalną bombą – przez tę powieść zmoczyłam poduszkę i cała się zasmarkałam… 

Książka zaczyna się niewinnie. Czytamy o nie do końca przyjemnym żywocie nastoletniego Bena, którego wychowuje matka zastępcza. Chłopiec nie ma za wielu przyjaciół i ciężko mu odnaleźć się w świecie. Wkrótce natrafia na Flipa – wyjątkowo pociesznego pieska, którym zaczyna się opiekować. Za jego sprawę poznaje tajemniczą Tęczową Dziewczynę, bratnią duszę. Wszystko zaczyna układać się w szczęśliwą opowieść, ale – niestety – w życiu nie zawsze idzie po naszej myśli… 

Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń to zaskakująca i pełna głębi powieść, przy której – jak wspominałam wcześniej – można się popłakać. Wpływa na to nie tylko sama fabuła książki, ale autentyczność jej treści. Książka w kapitalny sposób porusza tematy śmierci, przyjaźni oraz prawdziwego domu, rodziny. Opowiada o docenianiu chwil, szczególnie tych szczęśliwych, to historia nadziei i straty, bólu i radości, wsparcia i choroby, nieoczekiwanej pomocy, odnajdywania swojego ja. To niesamowicie wielowymiarowa opowieść, z równie niesamowitym bohaterem-narratorem, którego nie są się nie lubić. Ben to zwyczajnie-nadzwyczajny chłopiec, z wieloma pasjami (m.in. książki science fiction oraz Star Wars, nietuzinkową osobowością oraz… wielkim sercem. Pokochałam go od pierwszych stron, podobnie jak klimatyczny styl Paula Griffina – od tej książki nie można się oderwać. 

Dlaczego rak nie ma jakiegoś swojego wynalazcy, psychopatycznego czarnego charakteru w typie Dartha Sidiousa, którego mógłbym dopaść i sprać, a potem przebić mu serce świetlnym mieczem? 

Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń to zdecydowanie jedna z najbardziej wzruszających i najlepszych powieści młodzieżowych, jakie miałam szansę przeczytać. Dawno tak rzewnie nie płakałam, dawno tak żadnej książki nie przeżywałam, dawno tak nie zżyłam się z żadnym bohaterem. Polecam tę książkę absolutnie każdemu – nie tylko porusza serce i duszę, ale i zmusza do refleksji oraz… cieszenia się każdą chwilą.

środa, 10 kwietnia 2019

Ewa K. Czaczkowska - "Bajki Mariackie"


Autor: Ewa K. Czaczkowska
Tytuł: Bajki Mariackie
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 80
Ocena: 10/10
Wiek: 8+

Opis:

Ewa K. Czaczkowska, znana autorka książek, historyczka i dziennikarka, własnymi słowami opisała najmłodszym najpiękniejsze legendy z południowej Polski. Są to niezwykłe historie, uwielbiane przez kolejne pokolenia, dzięki którym dzieci dowiedzą się… skąd wzięły się wiewiórki na krakowskim rynku? Jak powstał najpopularniejszy polski hejnał? Dlaczego jedna z wież kościoła mariackiego jest wyższa od drugiej? Jak wygląda idealna szopka krakowska? Kiedy i dlaczego Karol Wojtyła po raz pierwszy odwiedził Kraków?

Recenzja:
Całkiem niedawno znajoma sprzedała mi genialny pomysł na pamiątkę z podróży – z każdego odwiedzanego miejsca stara się przywieźć sobie zbiór lokalnych baśni i legend. I właśnie trzymam książkę, która idealnie sprawdzi się jako tego rodzaju „suwenir” z Krakowa. 

Bardzo ładnie wydana książka w twardej oprawie (spokojnie przeżyje podróż, choć z pewnością doda walizce nieco ciężaru) kryje w sobie 9 opowieści opatrzonych wstępem. Nie wiem, czy powinnam się tym chwalić, ale z przytoczonych historii znałam tylko dwie – i to pobieżnie. Na swoją obronę mam tylko fakt, że w Krakowie byłam zdecydowanie zbyt dawno i wtedy nie mieli jeszcze takich fajnych książek. Bo jako mały bibliofil z pewnością bym na nią naciągnęła rodziców podczas naszej wycieczki sprzed lat. 

Teraz na szczęście miałam okazję nadrobić braki i już wiem dlaczego wieże Kościoła Mariackiego nie są równej wielkości, gdzie podziała się żółta ciżemka Wawrzka, jaki jest najlepszy sposób na przegonienie czarta, po co właściwie komukolwiek hejnał i co się stało z wiewiórkami z krakowskiego rynku. 

Spora, czytelna czcionka, przyjemne i naprawdę liczne ilustracje zajmujące całe strony (praktycznie na co drugiej stronie), stosunkowo krótkie historie i krwawe zbrodnie od czasu do czasu skradną dziecięce serca. 








Ale nie oszukujemy się – z równie wielką przyjemnością sięgnie po nie również dorosły. Ja wyczytałam całą w jeden wieczór. I tylko herbata zdążyła mi ostygnąć, bo zupełnie o niej zapomniałam. 

Polecam nieco starszym już czytelnikom, bo jak to w baśniach i legendach drzewiej bywało, trup sieje się gęsto i praktycznie w każdej z opowieści jest kogo opłakiwać. Nie da się jednak ukryć, że i taki klimat ma swój urok. Bardzo średniowieczny, ale niepowtarzalny! Ja tam zawsze lubiłam :D

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Michelle Cuevas - "Jak hodować i karmić domową czarną dziurę"

Autor: Michelle Cuevas 
Tytuł: Jak hodować i karmić domową czarną dziurę
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 23 stycznia 2019
Liczba stron: 209
Ocena: 10/10

Opis:

Opieka nad czarną dziurą to bardzo złożona sprawa. Jedenastoletnia Stella Rodriguez przekonuje się o tym na własnej skórze, kiedy pewnego dnia ten mroczny twór postanawia pójść jej śladem z siedziby NASA aż do domu. Najwyraźniej chce być udomowiony. 
Czarna dziura pochłania wszystko na swojej drodze. Jest to dosyć frustrujące, ale też całkiem przydatne, gdy Stella chce się pozbyć kilku rzeczy. Zwłaszcza pamiątek po niedawno zmarłym tacie, który zostawił po sobie kosmicznie wielką pustkę w jej sercu.
W końcu jednak czarna dziura niechcący połyka coś zbyt cennego dla Stelli. Dziewczynka musi to odnaleźć, więc wyrusza w pełną przygód międzygwiezdną podróż. Stawką jest przecież cały jej świat. Kto by przypuszczał, że oswojona czarna dziura oznacza tyle problemów?

Recenzja: 

Ciężko pogodzić się z utratą najbliższej osoby. To problem, z którym nikt całkowicie sobie nie radzi – ani dorośli, ani dzieci. Nie można tego łatwo wyjaśnić, zrozumienie wymaga czasu, a i tak pozostaje w sercu… czarna dziura. 

(…) ale teraz Cię nie ma, na podwórku czają się upiory i wszystko jest do bani.

Jak hodować i karmić domową Czarną Dziurę to ciepła pozycja, która kręci się wokół jedenastoletniej dziewczynki, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ukochanego taty. W jej życiu pojawia się Czarna Dziura – i w tym wypadku nie jest to wcale przenośnia. Zabiera z życia Stelli wszystko, co sprawia jej ból lub jest uciążliwe i staje się jej swoistym pupilem – nazywa ją nawet Czarek. Jednak jej bezdenny przyjaciel wkrótce pochłania coś, co dziewczyna musi uratować. Wkrótce ląduje w Czarnej Dziurze, gdzie wszystkie jej wspomnienia – choć dziwacznie przekształcone – żyją własnym życiem, a dziewczyna odnajduje w niej nie tylko zgubę, ale i coś równie ważnego – zrozumienie i spokój. 

Doszłam do wniosku, że dom to pewnie połączenie wszystkich wspomnianych rzeczy: coś, czego szukamy; coś, co znajdujemy, pielęgnujemy, wykorzystujemy, zużywamy. A przede wszystkim to coś znajomego.

Opowieść Stelli na każdym kroku mnie zaskakiwała. Sam temat powieści zdaje się być trudny, niemniej czytało mi się ją z prawdziwą przyjemnością i uściskiem w sercu. Doskonale rozumiałam emocje targające bohaterką oraz jej motywacje. Niemożliwa otoczka wydarzeń, jak choćby podróż do wnętrza Czarnej Dziury (i sama postać Czarka), dodały uroku całości. Same naukowe niuanse, wtrącenia o pragnieniu wysłania najpiękniejszych dźwięków w kosmos oraz ostateczne katharsis zostały zjawiskowe opisane. A styl autorki oraz sposób opowiadania to po prostu magia. Dawno się tak nie wzruszyłam… 

W samym środku mnie znajduje się dziura, ale to dobrze, bo jest pełna pięknych, przepięknych rzeczy. 

Życie jest skomplikowane i nieprzewidywalne, nigdy nie wiemy, co przyniesie. Jak hodować i karmić domową Czarną Dziurę to zjawiskowa opowieść, którą trzeba przeczytać. Budzi w czytelniku mnóstwo emocji, pomaga, wzrusza i… bawi. Bo i znalazło się miejsce na śmiech w tej książeczce i wiele zabawnych gagów, jak choćby tytuły ulubionych piosenek młodszego brata Stelli (Nie płacz mewka, Dmuchawce pierdziawce). Ta książeczka to nieoczywista opowieść o radzeniu sobie ze śmiercią bratniej duszy oraz odnajdywaniu siebie. Najprawdziwsza Alicja w siedzibie NASA. Polecam z całego serca!

czwartek, 11 października 2018

Ross Montgomery - "Dom babci"


Autor: Ross Montgomery
Tytuł: Dom babci
Wydawnictwo: CzyTam
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 32
Wiek: 3+
Ocena: 10/10

Opis:

Co wieczór, kiedy zapadał zmierzch, babcia i wnuczek przytulali się do siebie i rozmawiali. Snuli wspomnienia i planowali przyszłość. Więź pomiędzy nimi była wyjątkowa. Jednak babcia robiła się coraz starsza i coraz trudniej było jej robić niektóre rzeczy. Gdy pewnego dnia odeszła, pozostała pustka. Chłopiec, nie chcąc się z tym pogodzić, zabiera się do pracy… 

Przepiękna i niezwykle poruszająca opowieść o chłopcu, który próbuje poradzić sobie ze stratą bliskiej jego sercu osoby.

Recenzja:

Na wstępie muszę wyznać, że boję się takiej tematyki. Bardzo się jej boję. Za każdym razem, gdy w literaturze dziecięcej pojawia się motyw śmierci bliskiej osoby, zastanawiam się dziesięć razy, zanim po taką publikację sięgnę. Ja wiem, że wiele osób twierdzi, iż należy dzieci oswajać, pokazywać, że takie rzeczy się dzieją, że są nieuniknione, ale mam jednak w sobie jakiś rodzaj buntu, sprzeciwu wobec operowania śmiercią w książkach, które chciałabym czytać swoim dzieciom. Może to niepedagogiczne, może słabe pod względem wychowawczym, zwłaszcza wśród nowoczesnych trendów, niemniej dla mnie taka literatura w większości ma wymiar terapeutyczny. Wolę wspomóc się nią w chwili, gdy rzeczywiście zajdzie taka potrzeba niż serwować dzieciom huśtawkę emocjonalną połączoną ze strachem, że ich bliskim również coś takiego może się przytrafić.

"Dom babci" skusił mnie okładką. Wahałam się, właśnie ze względu na tematykę, ale postanowiłam zaryzykować. I muszę przyznać, że był to bardzo dobry wybór. Na pewno pierwszy raz od dawna, o ile nie pierwszy w życiu, spotykam się z tak delikatnym ujęciem tematu utraty bliskiej osoby. Babcia w tej książce odkrywa przed wnukiem świat i swoje pasje, starzeje się przy nim, a gdy jej zabrakło, wciąż ma się wrażenie, że ona jest. I rzeczywiście, ma ona dla ukochanego wnuczka jeszcze jeden prezent, coś, co obiecała mu już dawno temu. Ale co to jest, dowiecie się już z książki.

Treści słownej nie ma w książce zbyt wiele, jest za to duże pole popisu dla wyobraźni i prawdziwa uczta dla oczu. Ilustracje w tej publikacji są wręcz fenomenalne, jedne z najlepszych, z jakimi spotkałam się w literaturze dziecięcej. Są przy tym duże, bo kwadratowy format jest słusznych rozmiarów.




Tak bardzo się tej książki bałam, a tymczasem stała się ona dla mnie przykładem na to, jak we właściwy i delikatny sposób ugryźć temat tak ciężki, jak utrata kogoś bliskiego. Zdecydowanie warta polecenia.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa CzyTam.

czwartek, 22 czerwca 2017

Cezary Harasimowicz - "Uśmiech"

Autor: Cezary Harasimowicz
Tytuł: Uśmiech
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 218
Ocena: 10/10
Wiek: 9+

Opis: 

Tekla jest naburmuszona i smutna. Po śmierci mamy, uśmiech całkiem zniknął z jej twarzy. Dziewczynka mierzy się z zalewającym ją smutkiem, gdy w jej życie wkracza tajemnicza Pani z Bilboardu. Od tej chwili rozpoczyna się pełna zwrotów akcji, nieco szalona i niezwykła przygoda Tekli. 
„Uśmiech” to opowieść o przezwyciężaniu trudów i smutków, o poszukiwaniu szczęścia. To także historia, która uczy, że każdy dzień jest szansą na odnalezienie uśmiechu, tego prawdziwego.

Recenzja:

Gdy umiera bliska osoba, świat staje się beznadziejny. Nie widzimy sensu w niczym, a uśmiech ewakuuje się z naszej twarzy w podskokach. Podobnie jest w przypadku Tekli, której mama wpadła pod samochód. Wszystko zdaje się być beznadziejne - nawet jej imię

- Są chyba straszniejsze rzeczy, niż mieć na imię Tekla!
- No oczywiście. Na przykład to, że rok temu moją mamę przejechał samochód. 

Tekla jest dość naburmuszoną (Co za beznadziejne słowo...) dziewczynką, negatywnie nastawioną do świata. Jej ukochana mama umarła, a jej tata - no cóż... Tata to nie to samo, co mama, prawda? Nie mają wspólnych pasji ani rytuałów i choć oboje się starają, nie potrafią uzupełnić pustki po utracie najbliższej osoby. 

Nasze uśmiechy na zawsze poleciały za nią do nieba. 


Życie Tekli wywraca się do góry nogami za sprawą Pani z Billbordu, która ucieka z miejsca pracy i... ukrywa się u niej w domu. Z początku wydało mi się to wyjątkowo absurdalne, ale - wraz z treścią - pomysł ten nabrał kształtów i okazał się strzałem w dziesiątkę. W zasadzie - uciekająca Pani z Billboardu nie jest jedyną surrealistyczną postacią w owej książeczce, aczkolwiek pokochałam ją najbardziej. Jest idealnym przykładem samotności i mroków sławy, a także zapominania o tym, co w życiu ważne... 

- Nikt się o panią nie martwi?
- Nikt. (...)
- Dobre - odparowałam. - Ma pani tylu przyjaciół na zdjęciach i jest pani sama?
- No tak już jest.

Książka nie tylko upstrzona jest czarnym humorem, wzruszeniami i przekazem, ale i niezwykle wartką akcją, rodem ze scenariusza sensacyjnego filmu. Znajdziemy tu pościg, korporację, porachunki, nie zabraknie również broni palnej, bowiem Panią z Billbordu chcą zaczarować (w skrócie - sprzątnąć). Lektura trzyma w napięciu do samego końca i nie pozwala oderwać się od lektury, a wtrącenia ściśle związane z polską mentalnością i celebrytami bawią niekiedy do łez. Nawet nutka romansu znalazła tu dla siebie miejsce... 

- Zawsze marzyłem... khm... pani starsza aspirant, żeby mnie pani... khm... przesłuchała. Ale tak porządnie. Khm. Tak dogłębni.
- Dogłębnie?
- Powiem wszystko. Wyśpiewam wszystko. Tylko niech mi pani spojrzy prosto w oczy. 

Uśmiech jest fenomenalną opowieścią od pierwszych do ostatnich stron. Zakochałam się w narracji prowadzonej przez Teklę, której świat - z początku ponury - nabiera stopniowo barw. A koloruje go nowa przyjaźń, doświadczenia i uśmiech, który stopniowo wraca na twarz naszej bohaterki. Odzyskuje go również Pani z Billbordu, tata Tekli i... pozostali bohaterowie! Jak? Przeczytajcie koniecznie! Polecam serdecznie!

Ci, co rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, co każą im płakać.

Tę książkę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu Zielona Sowa. :)

niedziela, 19 marca 2017

Christopher Edge - "Wiele światów Albiego Brighta"

Autor: Christopher Edge
Tytuł: Wiele światów Albiego Brighta
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data wydania: 15 marca 2017
Liczba stron: 192
Ocena: 8/10 
Wiek: 9+ 

Opis:

Podobno istnieje wiele równoległych światów. Mogą one różnić się między sobą tylko drobnymi szczegółami. Być może w równoległym świecie nasze życie wygląda zupełnie inaczej. Albie, chłopiec, który swoje imię otrzymał po sławnym naukowcu Albercie Einsteinie, postanawia wyruszyć w ryzykowną podróż do innego świata. Ma po temu bardzo ważny powód: jego mama umarła. Być może w innym, równoległym świecie wciąż żyje. Albie musi to sprawdzić. Czy odnajdzie swoją mamę?

Recenzja:

Jak wiele byś zrobił, żeby zmienić świat? 

Każdy z nas stracił w swoim kogoś bliskiego. Albie Bright, tytułowy bohater powieści Christophera Edge, właśnie stracił najukochańszą osobę - mamę. Chłopieć nie może pogodzić się z jej śmiercią i - w związku z tym - postanawia wyruszyć w podróż do równoległych światów, aby ją odnaleźć i załatać czarną dziurę, którą po sobie zostawiła. W oparciu o fizykę kwantową oraz wymyśloną przez siebie Teorię Kwantowo-Bananową (opartą w dużej mierze na badaniach Erwina Schrödingera) częściowo osiąga swój cel, choć bez wątpienia spodziewał się zupełnie innych efektów poszukiwań.

Zazwyczaj powinieneś trzymać mocno to, co kochasz, aby nie odleciało. Jak latawiec. Ale czasami wiesz, że musisz pozwolić temu swobodnie odlecieć. 

Albie jest bohaterem, z którym czytelnik szybko nawiązuje więź. To inteligentny i pomysłowy chłopiec, przytłoczony utratą najbliższej osoby oraz nieobecnością ojca, który stara sobie poradzić ze śmiercią żony poprzez jej wyparcie. Człowiek, który potrafi wyjaśnić wszystko (tak Albie nazywa ojca) zdaje się nie mieć nawet czasu, aby szczerze porozmawiać z synem, a tym bardziej wyjaśnić mu pojęcie fizyki kwantowej. W końcu poniekąd to robi, ale nie rozmową - Albie korzysta z książki, którą napisał dla dzieci i dzięki prostej wiedzy zawartej w niej - buduje swój teleport do światów równoległych. W nich czeka go wiele niespodzianek, przyjemnych i przykrych, a każda z nich otwiera przed nim coś nowego. Albie zaczyna doceniać to, co ma, a nawet patrzeć na swój świat z zupełnie innej perspektywy - wyciąga wnioski ze swojego postępowania. Odnajduje także rozwiązanie kwestii istnienia nieba, która niezwykle go kłopotała. 

- (...) I w tobie, i we mnie tkwi pierwiastek nieba. Wszyscy jesteśmy utkani z gwiezdnego pyłu.

W książce, jak można wywnioskować po wcześniejszych moich słowach, jest nieco o fizyce kwantowej. To raczej ciężki temat dla dziecka, jednakże wiedza ta przekazana jest w bardzo przystępny sposób. Nawet jeśli dziecko nie zrozumie do końca jej zamysłu - to nie fizyka jest tematem przewodnim tej książeczki. To opowieść przede wszystkim o radzeniu sobie z żalem po utracie bliskiej osoby, potrzebie obecności w życiu dziecka rodzica oraz docenianiu każdej chwili w swoim życiu - szczególnie tej obecnej. To jednocześnie bardzo wzruszająca, jak i zabawna książeczka, którą urozmaica poczciwa pierwszoosobowa narracja Albiego i kilka czarno-białych ilustracji, które humorystycznie przedstawiają prawa fizyki. Również okładka zwraca na siebie uwagę. Posrebrzane elementy przywołują czytelnikowi na myśl gwiazdy i gwiezdny pył, tak wiele znaczące dla głównego bohatera.

A kiedy nocą podniosę wzrok na niebo - na niebiosa - mama zawsze tam będzie. 

Wiele światów Albiego Brighta to książeczka, która pociesza i daje nadzieję, szczególnie po stracie bliskiej osoby. Jej nieco fantastyczno-naukowa oprawa jest bardzo atrakcyjna dla młodego czytelnika i myślę, że może zainteresować dziecko tematami ścisłymi - w tym wypadku przede wszystkim fizyką. Jednym zdaniem - poucza, bawi i wzrusza. Polecam serdecznie, jest wspaniała! 

Tę książeczkę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu Zielona Sowa. :)

środa, 21 grudnia 2016

John Boyne - "Noah ucieka"

Autor: John Boyne
Tytuł: Noah ucieka
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 240
Ocena: 9/10
Wiek: 9+

Opis:

Noah ma osiem lat. Zbyt dużo by nie widzieć, że wkrótce stanie się coś złego, coś smutnego, coś, co nie powinno się nigdy stać.
Równocześnie zbyt mało, by zrozumieć tę sytuację. Niestety, nikt nie rozmawia z chłopcem o tym, co się wokół niego dzieje. Dlatego Noah postanawia uciec z domu. Czuje, że ucieczka jest jedynym sposobem, by uniknąć stawienia czoła problemom. Tylko - czy to jest rozwiązanie? 
Choć ucieczka Noah trwa zaledwie dzień, to odmieni jego życie. Chłopiec dzięki przypadkowo poznanemu właścicielowi sklepu z zabawkami, dzięki ich rozmowie o przeszłości i rodzinie, czuje, że jego miejsce jest w domu, wśród bliskich, bez względu na to, co się wydarzy…

Recenzja:

Przed chwilą skończyłam czytać tę książkę i - prawdę mówiąc - brak mi słów. Jest to bez wątpienia jedna z najbardziej magicznych powieści dla dzieci, z jakimi miałam dotychczas do czynienia. 

Noah ucieka to niezwykle wzruszająca opowieść o ośmioletnim chłopcu, który bez słowa opuszcza dom rodzinny. Wyrusza on w podróż po różnych wsiach - bardziej lub mniej przyjaznych - i spotyka wiele niesamowitych postaci, m.in. drzewo, któremu ciągle odrastają gałęzie. Kluczowym momentem powieści zdaje się być moment, w którym na drodze chłopca pojawia się niezwykły sklep z zabawkami, gdzie też chłopiec poznaje równie niesamowitego sprzedawcę. Wówczas dowiadujemy się więcej o Noah i powodzie jego ucieczki, a sam chłopiec zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele zostawił za sobą... 


- Przecież wszyscy się starzejemy - odrzekł królik. - Nawet ty. Tak to już jest. Chłopcy zmieniają się w mężczyzn. A mężczyźni zmieniają się w starców. Przecież o tym wiedziałeś.

Powieść porusza wiele ważnych tematów, m.in. przyjaźni, złamanej obietnicy, utraty bliskiej osoby, starzenia się i nieuchronnej śmierci, pokonywania lęków i bliskości z rodziną. Głęboki przekaz tej historii sprawił, że rozpłakałam się rzewnymi łzami - podobnie niegdyś wpłynęła na mnie lektura Chłopca w pasiastej piżamie. I absolutnie nie zgadzam się z tym, aby ta książka miała etykietkę jedynie literatury dziecięcej - dla dorosłej osoby również będzie znakomitą lekcją. To bajka o kruchości życia i ogromnej wartości spędzania czasu z osobami, które się kocha...

Nie wiedział, ile im zostało, ale jeśli byłby to tylko dzień lub dwa, wciąż mieli szansą stworzyć tyle wspomnień, żeby wystarczyło do końca życia.

Książka ta jest napisania doprawdy przepięknie. Zatraciłam się całkowicie w jej jednocześnie surrealistycznym i rzeczywistym świecie. Za pomocą prostych słów i  bajkowych postaci, John Boyne napisał książkę, której przekaz zrozumie nawet niezwykle młody czytelnik. Zakończenie całkowicie odebrało mi mowę i... prawdę mówiąc nie wiem, co więcej mogłabym napisać. Obawiam się, że żadne słowa w tej recenzji nie odzwierciedlą tego, jak cudowna jest ta książka... 

- Czy pan myśli...?
- Czasami, mój chłopcze - przyznał starzec. - Kiedy nie mogę tego uniknąć.

Noah ucieka to powieść pełna magii i osobliwych postaci, które potrafią zarówno wzruszyć, jak i rozbawić. John Boyne zabiera czytelnika w niesamowitą podróż pełną morału, za towarzysza dając mu uroczego, ośmioletniego chłopca. Słodkie, iście dziecięce ilustracje pomiędzy rozdziałami dopełniają całości. Polecam tą fantazyjną powieść bezapelacyjnie każdemu, jest to jedna z tych książek, które naprawdę warto przeczytać. Zostaniecie oczarowani! 

Tę książkę zrecenzowałam dla Was dzięki Wydawnictwu Zielona Sowa. ;)